Nie miałam wielkiego wyboru, bo w czwartek, podłączając iPoda do komputera, wszystko mi się skasowało. Na szczęście miałam kilka piosenek w telefonie - właśnie Feela, Edyty Bartosiewicz,
zespołu Mrowisko i piosenkę "Apologize" Timberlanda. To one napędzały mnie przed startem.
Pęknięty kostium nie ułatwił mi wyścigu, bo od razu na plecach zrobiła mi się wielka bania i na pewno straciłam kilka sekund. Ale ja w eliminacjach nigdy nie płynę maksymalnie, bo
oszczędzam siły na półfinały.
Nie, to był przypadek. Przecież w tym samym kostiumie uzyskałam trzeci najlepszy czas w moim życiu na 200 m motylkiem w sierpniu w Paryżu. Brakowało mi 0,31 sekundy do własnego rekordu Europy
i pół sekundy do rekordu świata.
Ale ja od początku podchodziłam do kraula na luzie. Pomyślałam, że wystartuję na 400 m i już w wodzie zadecyduję, czy walczę o finał. Odpuściłam po trzeciej setce, bo dziewczyny za bardzo
mi odpłynęły. Po co miałam się forsować, jeśli wieczorem czekał mnie półfinał na 100 m motylkiem? W Debreczynie zdecydowanie najlepiej pływa mi się delfinem.
Ma pecha. Musiał jej wystarczyć pojedynek z Federiką Pellegrini, która była od niej lepsza w eliminacjach.
Laure nigdy za mną nie przepadała. To już reguła, że nie odpowiada na cześć. Nigdy też mi nie pogratulowała. Cóż, to taka osoba - skryta, unikająca innych zawodniczek. Być może ma
wąskie grono przyjaciół, przed którymi się otwiera, ale ja do nich nie należę. Mówiąc delikatnie, Laure jest negatywnie do mnie nastawiona.
Nie jestem entuzjastką tatuaży, wydaje mi się to mało estetyczne. Co będzie, jak kiedyś utyję i to wszystko mi się rozejdzie?
Nie zamierzam powiększać mojego zwierzyńca, bo nie mam dla niego czasu. Ateną opiekują się rodzice. A o tym, co będzie po Pekinie, nie myślę w ogóle, bo przecież najpierw muszę do niego
dopłynąć.
Pierwszy, z kryształami Svarovskiego, dostałam od przyjaciółki, a drugi - z białego złota z delikatnymi brylancikami kupiłam sobie sama na dzień dziecka. Podczas zawodów miała je na ręku
pani psycholog Beata Mieńkowska. Olimpijski tym razem został w domu.
Dziewczyny dały mi mydełko, a Beata Kamińska książkę "Sekret” Rhondy Byrne o filozofii życia.
To taki prezent ode mnie dla mnie samej. Cieszy mnie bardzo, ale jednocześnie mam świadomość, że to tylko krótki basen, a dla mnie najważniejsza jest pięćdziesiątka. Moje główne zawody to
igrzyska w Pekinie i walczę przede wszystkim o to, by poprawiać rekordy życiowe na basenie długim.
Najważniejszym mężczyzną mojego życia jest mój tata i to nie on zadzwonił z życzeniami. A drugiego najważniejszego nie ma. Nawet gdyby był, to i tak bym wam nie powiedziała.