Oczywiście, to przecież znak szacunku. Tytuł "don" jest hiszpańskim odpowiednikiem angielskiego "sir", tylko nieco mniej oficjalnym. "Donem"
Hiszpanie nazywają kogoś, kto zasłużył się dla społeczeństwa i komu należy się bezwzględny szacunek. Nie czyni człowieka arystokratą i nie jest przywilejem wyłącznie szlachetnie
urodzonych. Bo w Hiszpanii szacunek zyskuje się za to, czego się dokonało, a nie za to, kim się jest.
"Siwy Orzeł"? Podoba mi się ten pseudonim, choć pierwszy raz go słyszę.
Też nie, ale mam nadzieję, że je sobie o mnie opowiadacie. Moi ludzie nic mi na ten temat nie mówili. Muszę ich przycisnąć.
Sam je wybrałem i nie sądziełem, że mogą kogoś rozbawić. Ja nie umiem czytać po polsku i tłumacz mógł napisać, co chciał. Co w nich śmiesznego?
Bo ja ze swoimi piłkarzami komunikuję się w sposób klarowny. Mam do nich mówić językiem naukowym? Dyplomatycznym? Po co tak wszystko komplikować? Jestem człowiekiem przejrzystym, który gra
w otwarte karty zarówno w życiu prywatnym, jak i w relacjach z zawodnikami. Polscy piłkarze długo nie mogli się przyzwyczaić, że podczas treningu mają takie same prawo głosu jak ja. Piłkarz
może mi powiedzieć, co myśli i z czym się nie zgadza.
Odpowiadam mu wtedy to, co powtarzam na okrągło: Jako zawodowy sportowiec powinieneś kierować się nie zachciankami, ale swoimi potrzebami i cały czas mieć na względzie interes drużyny.
Jeśli zawodnik rzeczywiście jest zmęczony, to znaczy, że potrzebuje odpoczynku. Odpoczynek to też rodzaj treningu. Bo co to za interes, jeśli zawodnik się przetrenuje i następnego dnia nie
będzie miał siły? Jeśli trening ma go osłabić, zamiast wzmocnić, to lepiej, żeby odpoczął. I bywa, że nazajutrz na treningu jest lepszy niż kiedykolwiek.
Tak, bo ja dokładnie znam swoją drużynę. Nasze zgrupowania są krótkie, ale intensywne. Robię wszystko, by zawodnicy czuli się zespołem. Dbam, aby spędzali ze sobą jak najwięcej czasu.
Razem więc jemy, razem trenujemy i nawet w czasie wolnym jesteśmy razem. Dlatego na zgrupowania nie wpuszczam mediów ani rodzin piłkarzy. Jeśli jeden będzie udzielał wywiadu, drugi niańczył
dziecko, a trzeci rozmawiał z żoną, to drużyna nigdy się nie zintegruje. Dla mnie to bardzo istotne, bo przebywając z nimi, cały czas poznaję ich osobowość poza boiskiem, sposób wyrażania
emocji. Wiem, co oznacza dana mina, dany gest, jak zachowują się, kiedy coś ich gryzie, a w jaki sposób wyrażają zadowolenie.
Absolutnie nie i zupełnie mnie ono nie interesuje. To, co liczy się dla mnie jako trenera, to umiejętność rozpoznawania ich stanów emocjonalnych. Muszę wiedzieć, kiedy są spięci, a kiedy
rozluźnieni. Kiedy mają jakiś problem, o którym nie potrafią zapomnieć w czasie treningu.
Oczywiście, bo wszystko zaczyna się od głowy. Można być super przygotowanym technicznie, nieprzeciętnie wytrzymałym i silnym, a na boisku nie wykorzystać tego nawet w ułamku procenta. Jeśli
na boisko wychodzisz spięty, nie wierzysz w siebie, a z tyłu głowy masz wciąż niewyjaśnione problemy, nigdy nie rozegrasz dobrego meczu. Na szczęście są sposoby na psychiczne wzmocnienie
zawodników.
Głównym zadaniem trenera i osób pracujących dla drużyny jest stworzenie optymalnych warunków dla piłkarzy. Według mnie praca trenera dzieli się na dwie części: zarządzanie grą i
zarządzanie ludźmi. I z przykrością stwierdzam, że wielu trenerów skupia się wyłącznie na grze, zapominąjąc o ludziach.
Przede wszystkim na tym, by w każdym członku drużyny dostrzec odrębną jednostkę. I zrozumieć, że nie ma piłkarzy złych. To, co uderzyło mnie po przyjeździe do Polski, to negatywne opinie
o polskich zawodnikach. Wszyscy mnie przed nimi przestrzegali, mówiąc, że są humorzaści i pełni złej woli. A ja zobaczyłem grupę cudownych ludzi, zdyscyplinowanych piłkarzy. Bo prawda jest
taka, że każdy zawodnik chce grać jak najlepiej i wygrać mecz. Trzeba tylko pokazać mu sposób wygrywania. Muszę tak pokierować przygotowaniami, żeby każdy piłkarz dał z siebie wszystko.
Jednego motywuje kopniak w tyłek, innego trzeba uspokoić łagodną rozmową. Ważne, żeby na boisko wyszli skoncentrowani wyłącznie na grze. To niesamowite, jak wiele można zdziałać w
niedługim czasie. Jak zaledwie w ciągu tygodnia można całkowicie zrewolucjonizować czyjeś myślenie. Ale do tego trzeba lubić i rozumieć ludzi.
Na pewno wychowaniem w innej kulturze. Chyba jasne jest, że z zawodnikami na Karaibach pracuje się inaczej niż z Polakami. Ale jest sposób, aby to pogodzić. Poza kulturą narodową istnieje
według mnie coś takiego jak kultura futbolu. Chodzi mi o to, że na boisku jesteśmy przede wszystkim sportowcami. Tradycję, naród i religię zostawiamy za bramą stadionu. Po meczu czy treningu
piłkarz może jeść pierogi i iść do kościoła. Na murawie jest tylko i wyłącznie piłkarzem.
Adaptuję się do polskich warunków i jako gość przejmuję wasz styl życia. Może mi się nie podobać, że niektórzy Polacy już od 10 rano piją wódkę, ale to akceptuję. Tylko że nie
zamierzam się przyłączać.
Nie piją, proszę mi wierzyć. Owszem, kiedy obejmowałem reprezentację, były w niej osoby nie stroniące od alkoholu. Ale jasno im powiedziałem, że jeśli chcą być częścią mojej drużyny,
mają zachowywać się jak prawdziwi sportowcy. Bo jeśli chce się mieć wyniki, trzeba z pewnych rzeczy zrezygnować. A jeśli ktoś nie jest w stanie ponieść takiej ofiary, to nie ma czego
szukać w mojej reprezentacji. Jasne, nie mam nic przeciwko temu, by na imprezie po meczu każdy z piłkarzy wypił po piwie albo zamówił kieliszek wina do obiadu. Na początku każdego zgrupowania
pytam zawodników: Czy na pewno mamy ten sam cel - dążymy do sukcesu? Żaden się nie wyłamał.
Pewnie, że nie ingeruję w życie prywatne piłkarzy. Jestem jednak pewien, że poza zasięgiem mojego wzroku również zachowują umiar. Nie wierzę, by mogli grać na tak wysokim poziomie,
upijając się co wieczór, paląc papierosy albo - jak plotkowano o jednym z piłkarzy - marihuanę. Nie wierzcie w te bzdury wymyślane przez media. Kiedy czytam, że któryś z moich zawodników
jest nałogowcem, widzę w tym kolejną kaczkę dziennikarską. Ileż to razy czytałem o sobie różne bzdury. Ostatnio Bob Kaczmarek zapytał, czy to prawda, że zamierzam kupić dla reprezentacji
system komputerowy za 40 tysięcy euro. Odpowiedziałem, że pierwsze słyszę. To wymysł wyjątkowo kreatywnych dziennikarzy, którzy kochają pisać takie "dirty articles" -
brudne wywiady.
Głupota. Brudne pytania mają to do siebie, że dotyczą rzeczy, które nigdy nie miały miejsca. Nie migam się od pytań dotyczących realnych sytuacji, nawet tych trudnych. I zawsze odpowiadam
dziennikarzowi przygotowanemu do rozmowy i odnoszącemu się do mnie z szacunkiem. Ale jak mam podchodzić do kogoś, kto podpisuje się pod wywiadem, którego nigdy mu nie udzieliłem?
Nie, nie mówię o tym dlatego, że moi bliscy sobie tego nie życzą, a ja czuję się w obowiązku ich chronić. Pracuję w tym zawodzie od 40 lat i o moim życiu powiedziano już wszystko. Jako
trener reprezentacji nie mogłem powstrzymać tego, że 90 procent mojego życia zostanie wystawione na widok publiczny. Ale mogę uchronić przed tym moja partnerkę, córkę i syna. Moje dzieci
chcą zachować odrębną tożsamość, być szanowanymi za to, kim są, a nie za to, że mają takiego ojca. Poza tym ja wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego robi się ze mnie gwiazdę.
Nie mam pretensji do polskich mediów. Dla mnie dziwne jest, że z trenera robi się gwiazdę. Bohaterami są piłkarze. Szkoleniowiec jest tylko częścią zespołu, który dba o to, by piłkarze
jak najlepiej wypadli na boisku. I nie rozumiem, dlaczego akurat jego się wyróżnia. Uwierzcie mi, że najbardziej cenię sobie prywatność i anonimowość. Nigdzie nie czułem się tak dobrze jak
w USA, gdzie nikt mnie nie zna. Mogłem chodzić po sklepach, na spacery, i nikt mnie nie zaczepiał.
Nie wiem, sam jestem zdziwiony. Kocham piłkę i codziennie odkrywam w niej coś nowego. Uwielbiam obserwować proces, w którym piłkarze stają się mistrzami, a drużyna przeciętna dostaje się
na szczyt.
Bywa, że jestem zmęczony, ale wtedy wystarczy mi zdrowy sen, by odzyskać energię i zabrać się do pracy ze zdwojoną siłą. Jeśli kiedykolwiek zwątpię w sens mojej pracy, po prostu
przestanę zajmować się futbolem.
Niekoniecznie odpoczywał. Wreszcie znajdę czas na moje hobby. W chwilach relaksu i wyciszenia poświęcam się czytaniu i pisaniu opowiadań.
Niekoniecznie. Piszę o życiu, ale moich opowiadań nie pokazałem nikomu. Może opublikuję je po zakończeniu kariery razem z moją autobiografią. Wydawcy i dziennikarze regularnie składają mi
propozycję spisania mojej biografii, ale wiem, że jeśli takowa kiedykolwiek powstanie, ja sam będę jej autorem.
Tak. Moją miłością poza futbolem jest przyroda. Mogę godzinami przyglądać się roślinom, patrzeć na kwiaty, drzewa, wpatrywać się w wodę. Najszczęśliwszy czuję się w moim letnim domu
pośród holenderskich jezior. Najpiękniejsze momenty mojego życia to wyprawy o świcie na ryby. Wstaję wtedy o czwartej rano i małą łódką wypływam na środek uśpionego jeziora. Kiedy do
niej wsiadam, jest jeszcze ciemno. Staję z wędką i na moich oczach rozgrywa się ten nieprawdopodobny spektakl natury budzącej się ze snu. To absolutnie fantastyczne. Jestem miłośnikiem natury
i domatorem. Uwielbiam być w domu.
Raczej mieszkania, bo nie miałbym kiedy zajmować się ogródkiem. Nie mogę narzekać na warunki w Sheratonie, ale kiedy okazało się, że w Polsce zostanę jeszcze przez dwa lata, zamarzyło mi
się coś własnego.
Najchętniej w centrum. Bardzo lubię okolice Placu Trzech Krzyży, dobrze je znam, umiem wszędzie stąd trafić. Mam tu pod nosem wszystkie sklepy i restauracje.
Dwa lata temu przeprowadziłem się z Holandii w okolice Antwerpii. Tam teraz jest mój prawdziwy dom, do którego wracam, kiedy tylko mogę.
Nie chcę już o tym mówić. Dziennikarze znów przekręcili moją wypowiedź, a ja wychodzę na ksenofoba. Po prostu chciałem zamieszkać gdzieś, gdzie jest spokojniej, pośród natury. W Belgii
nadal jest wiele miejsc niezmienionych przez cywilizację, gdzie żyje się spokojniej.
Po holendersku rozmawiam z rodziną i to mi wystarczy. Wyprowadzając się z kraju, nie przestałem być Holendrem. Jestem nim wszędzie na świecie. Nadal z dumą posługuję się holenderskim
paszportem. Belgia spodobała mi się, bo tam żyje się wolniej, ludzie są spokojniejsi i bardziej zrelaksowani.
Jesteśmy dumni. Jesteśmy ludźmi pracy i nie lubimy szumu wokół siebie. Najlepiej opowiada o nas nasza praca i jej efekty. Cenimy sobie spokojne, rodzinne życie. Wolimy wykonywać zadanie ,niż
o nim mówić.
Nie rozumiem was, polskich dziennikarzy. Ciągle pytacie mnie, co mnie u was zaskoczyło, czy zdziwiło. Dajcie spokój! Zachowujecie się, jakbyście żyli zamknięci w pudełku. Mamy 2007 rok! Nie
ma już granic i Polska jest taka sama jak inne kraje Unii Europejskiej. Owszem, wasz kraj nieco się wyróżnia, bo przez wiele lat panował u was reżim i byliście odseparowani od społeczeństwa
zachodu, które zmieniało się co pięć lat. Ale to już historia. Zrozumiałbym, gdyby takie pytanie padło z ust osoby w moim wieku, ale nie mogę pojąć, dlaczego zadaje je osoba tak
młoda.
Robi mi się przykro, gdy widzę zaniedbane ulice, walące się budynki. Ale takie widoki zdarzają się na całym świecie. Holandia też nie zawsze była taka ładna i czysta. Nie można wymagać
od Polski, żeby w tak krótkim czasie osiągnęła standard, do jakiego Holandia czy Niemcy dochodziły przez 60 lat. Jasne, że nie lubię brudnych ulic, ale potrafię to zaakceptować, bo wiem,
że ciężko nad tym pracujecie. Efekty będą dziełem kolejnych dwóch czy nawet trzech pokoleń.
Znam kilka języków: angielski, francuski, hiszpański, niemiecki i portugalski. Chciałem podjąć wyzwanie i nauczyć się też polskiego, ale okazał się za trudny. Może to trochę egoistyczne
z mojej strony, ale myślę, że polscy piłkarze bardziej skorzystają, rozmawiając ze mną po angielsku, niż ja łamiąc sobie język na polskim. Ostatnio spędziłem z młodymi chłopakami kilka
dni w Turcji. Niesamowite jest to, że nie mają odwagi mówić po angielsku. Większość świetnie mnie rozumiała. Ale zachwyciło mnie, że każdy z 24-osobowej grupy uczy się angielskiego.
Myślę, że na kontakcie ze mną skorzystali językowo.
Oczywiście. Ja w ogóle jestem wielkim fanem sportu. Lubię zarówno sporty zespołowe, jak i indywidualne. W sporcie bardziej od samego wyścigu czy meczu fascynuje mnie proces przygotowań. Ja
wiem, ile ci siatkarze czy pływacy włożyli wysiłku, by osiągnąć poziom mistrzowski, jak wygląda ich codzienna harówka, ile poświęcili dla sportu. Poza moją oczywistą miłością, czyli
piłką nożną, namiętnie oglądam mecze siatkówki. Siatkarzom kibicuję prawie jak piłkarzom. Podziwiam ich trenerów. W Polsce miałem zaszczyt poznać Raula Lozano. Rozmawialiśmy po
hiszpańsku, co też było przyjemne. W końcu kultura hiszpańska była moją codziennością przez dziesięć lat.