"Co innego jest przegrać po walce, a co innego zostać wykluczonym. Tego uczucia nie da się opisać. Jestem potwornie zawiedziony, choć nie wiem czy to odpowiednie słowo. Nie potrafię po prostu tego wyrazić" - przyznał w poniedziałek niespełna 25-letni lekkoatleta.

Reklama

Bolt stał się ofiarą wprowadzonego przez IAAF przepisu, dyskwalifikującego każdego zawodnika za popełnienie falstartu. W finale w Daegu Jamajczyk wyraźnie wybiegł z bloków przed strzałem startera.

Otworzyła się wtedy droga do złota dla pozostałych siedmiu sprinterów. Wykorzystał ją inny Jamajczyk Yohan Blake, który zdecydowanie pokonał rywali. Pod niesprzyjający wiatr 1,4 m/s uzyskał czas 9,92 i wyprzedził o 0,16 s Amerykanina Waltera Dixa oraz o 0,17 s reprezentanta Saint Kitts i Nevis Kima Collinsa.

"Po pierwsze chciałbym pogratulować Yohanowi. Cieszę się, że złoto zostało w rękach Jamajczyka" - powiedział Bolt, którego długo namawiano w niedzielę, by wyszedł do dziennikarzy.

Tuż po wykluczeniu uciekł, nie przechodząc nawet przez tzw. strefę mieszaną, gdzie czekały na niego setki dziennikarzy. Szybko zabrał rzeczy, poszedł do autobusu, który zawiózł go do wioski zawodników i zaszył się w swoim apartamencie. Nie chciał rozmawiać nawet ze swoim menedżerem Rickym Simmsem.

Dopiero w poniedziałek po południu miejscowego czasu Bolt zgodził się porozmawiać, ale tylko z Simmsem, który później wydał oficjalne oświadczenie w jego imieniu.

"Jestem znakomicie przygotowany, dlatego nie odpuszczę biegu na 200 m. Bardzo ciężko pracowałem na to, by przyjechać do Daegu w optymalnej dyspozycji. Wszystko wyglądało znakomicie, tylko ten start..." - stwierdził rekordzista świata (9,58 w MŚ Berlin 2009).

"Ale koniec z tym! To już przeszłość i nie chcę do tego wracać. Temat jest dla mnie zamknięty" - oznajmił.

Jamajczyk wystąpi w Daegu jeszcze w biegu na 200 m i sztafecie 4x100. W obu przypadkach będzie bronił tytułów wywalczonych dwa lata temu.