Wielu kibiców twierdzi, że takie zwycięstwa jak 2:1 z Portugalią zdarzają się nam raz na pięćdziesiąt lat. Zgadzasz się z tym?
Zdecydowanie nie. Oczywiście Portugalczycy pamiętają o tamtej porażce i pewnie zechcą się zemścić. Ale nie ma czego się bać. Sądzę, że stać nas na remis. Byłby to dobry wynik. Przeciwstawimy naszą siłę i dyscyplinę taktyczną świetnej technice Portugalczyków. W Lizbonie na pewno nie będziemy stać na straconej pozycji, choć zdaję sobie sprawę, że naszych rywali mocno rozdrażniliśmy zwycięstwem w Chorzowie. Uważam jednak, że ważniejszy mecz czeka nas w Helsinkach. Jeśli tam wygramy, będziemy o krok od finałów mistrzostw Europy... Tam rozegra się prawdziwa bitwa - mówi "Faktowi".

To na ile procent oceniasz szansę na Euro, jeśli wygramy w Helsinkach?
Dobre pytanie! Niby dużo tych meczów rozegraliśmy, ale w grupie mało się wyjaśniło. Na szczęście mamy los w swoich rękach, nie musimy się na nikogo oglądać i liczyć w stylu: „jeśli tamci wygrają, to wtedy my” i tak dalej...

Pierwszego meczu eliminacji, właśnie z Finami, nie wspominasz chyba najlepiej.
No nie, bo zagrałem słabo. Ale mam zasadę: nowy mecz, nowe życie. Nawet gwiazdy miewają słabsze dni. Żeby nie było niedomówień – za gwiazdę się nie uważam.

Borussię Dortmund opuścił niedawno Ebi Smolarek. Żal ci, że odszedł?
Nie, dlaczego? Każdy podąża swoją drogą. A poza tym po polsku mam z kim porozmawiać. W Dortmundzie jest sporo rodaków. W klubie mamy pracownika Polaka, z którym ucinam sobie pogawędki.

Jesteś popularny w Dortmundzie?
Jestem w miarę rozpoznawalny. Kibice tu są mniej wylewni niż w Polsce. U nas podchodzili, witali się, gratulowali, zamienili kilka słów. Tu rozpoznają, ale raczej szepczą między sobą coś na boku. Popularność nigdy mi nie dokuczała. W końcu w tym zawodzie na nią się pracuje. A poza tym w Dortmundzie czas tak szybko mija, że nawet nie miałem kiedy wystraszyć się Bundesligi. Miałem pewne obawy, a tu jest tak, że nie mam kiedy zadzwonić do rodzinnych Truskolasów.