Lechia dotychczas trzykrotnie grała w finale PP i dwukrotnie triumfowała. W poprzedniej edycji pokonała w decydującym meczu na PGE Narodowym Jagiellonię Białystok 1:0 po golu w doliczonym czasie gry Artura Sobiecha.

Reklama

Dla Cracovii piątkowy mecz Totolotek Pucharu Polski będzie wydarzeniem historycznym - nigdy wcześniej nie dotarła bowiem do finału.

W zakończonym w niedzielę sezonie ekstraklasy Lechia zajęła czwarte, a "Pasy" siódme miejsce, ale oba zespoły różniły tylko trzy punkty.

Na korzyść Cracovii przemawia natomiast świetny bilans ostatnich spotkań z Lechią - wygrała pięć poprzednich meczów (wszystkie w ekstraklasie). W obecnym sezonie - 1:0, 3:1 i 3:0.

Na trybunach nowoczesnej Areny Lublin usiądzie ok. 3700 widzów, czyli 25 procent pojemności, co jest skutkiem restrykcji związanych z pandemią koronawirusa. Wprawdzie rząd rozważa możliwość zwiększenia frekwencji, m.in. na stadionach piłkarskich, do 50 procent, ale formalnie decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła.

Pozostajemy przy 25 procentach. Kluby otrzymały równą pulę biletów - po tysiąc, z czego za bramkami - w sektorach dla kibiców obu drużyn - usiądzie po 670 osób. Część wejściówek przeznaczyliśmy również dla innych osób, ponieważ mamy swoje zobowiązania, m.in. umowy sponsorskie. Natomiast pozostała część trafiła do otwartej sprzedaży - powiedział PAP rzecznik prasowy PZPN Jakub Kwiatkowski.

Jak dodał, spotkanie będzie miało tradycyjną w przypadku finału PP oprawę - przed jego rozpoczęciem zostanie odegrany hymn narodowy, a po zakończeniu nastąpi dekoracja drużyn.

Pandemia koronawirusa wpłynęła na organizację wydarzenia m.in. pod kątem mediów.

Dzień przed meczem nie będzie konferencji prasowych. Kluby mogą ewentualnie przeprowadzić je we własnym zakresie, np. w formie wideo. Piłkarze obu drużyn będą mogli trenować dzień przed finałem na lubelskim stadionie, ale bez obecności dziennikarzy. Natomiast po meczu przewidujemy konferencję prasową dla mediów. Nie będzie jednak tzw. strefy mieszanej, gdzie przeprowadza się wywiady z piłkarzami - przyznał rzecznik prasowy PZPN.

Od sezonu 2013/14 PZPN organizował finały Pucharu Polski na PGE Narodowym w Warszawie, zawsze 2 maja. Tym razem z uwagi na pandemię odstąpiono od tej zasady. Wobec braku możliwości rozegrania meczu z udziałem kompletu widzów nie było sensu organizować zawodów na tak dużym stadionie. Zmianie musiał ulec również termin.

"Początkowo w ogóle nie wiedzieliśmy, czy rozgrywki o Puchar Polski będą dokończone w tym sezonie. W związku z powyższym podjęliśmy decyzję, że trzeba znaleźć trochę mniejszy stadion" - mówił w czerwcu PAP sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki.

Jak uzasadnił, o wyborze Lublina zdecydowało doświadczenie nabyte we współpracy przy okazji organizacji mistrzostw Europy do lat 21 oraz mistrzostw świata do lat 20. "Lublin to sprawdzony partner" - dodał Sawicki.

Co ciekawe, w 1979 roku doszło już w Lublinie do trójmiejsko-krakowskiego finału, ale wówczas Arka Gdynia zmierzyła się z Wisłą, zwyciężając 2:1.

Reklama

W tym roku zwycięzca finału Pucharu Polski otrzyma trzy miliony złotych.

Natomiast w przyszłym sezonie - zgodnie z jednym z punktów stworzonego w marcu przez PZPN pakietu pomocowego - wysokość nagród dla klubów uczestniczących w Pucharze Polski na szczeblu centralnym zostanie zwiększona na każdym etapie o ponad 50 procent. Na przykład triumfator następnej edycji PP dostanie aż 5 mln zł.

Piątkowy finał sędziować będzie Paweł Raczkowski z Warszawy.

Początek meczu o godz. 20. Triumfator zapewni sobie występy w eliminacjach Ligi Europy, a także w sierpniowym spotkaniu o Superpuchar Polski, w którym zmierzy się z mistrzem kraju - Legią Warszawa.