Czesław Michniewicz: Dla mnie nie jest to miła wiadomość. Pracując w Lechu miałem zaufanie do swych zawodników. Gdy przegrywaliśmy mecze, nigdy nie przyszło mi na myśl, że któryś z piłkarzy mógł celowo popełnić błąd. Po porażkach zawsze szukałem mankamentów w treningu, ustawieniu, czy taktyce. Nie chcę tego komentować, bo za dużo fajnych chwil w Lechu przeżyłem.
To bzdura. W Lechu wtedy nie było pieniędzy. Piłkarze i ja długo czekaliśmy na zaległe wypłaty. Takie historie w ogóle nie wchodziły w rachubę.
>>>Czy Lech Poznań ustawiał mecze?
Nie znam zarzutów, znam natomiast Zbyszka. Zapamiętałem go jako fajnego chłopaka, zawsze profesjonalnie podchodzącego do treningu i meczu. Dlatego nie chcę o nim złego słowa powiedzieć. Nigdy nie miałem ku temu podstaw.
Bzdura totalna. Mieliśmy łatwą drogę aż do finału Pucharu Polski. Graliśmy m.in. z GKS Katowice, który akurat był w kadrowej w rozsypce i z paroma innymi drużynami średniej klasy, nawet ich nazw już nie pamiętam. Natomiast w finale rozegraliśmy, transmitowany przez telewizję, bardzo trudny dwumecz przeciw Legii. Świetna gra Lecha w Poznaniu i zwycięstwo 2:0 zadecydowało o tym, że to my sięgnęliśmy po Puchar Polski.
Co ja mam powiedzieć, jak to komentować? Byłem młodym trenerem, cieszyłem się, że mam pracę w ekstraklasie. To było moje pierwsze, samodzielne zajęcie. Współpraca z zawodnikami układała mi się dobrze, mieliśmy do siebie zaufanie...
Podczas procesu „Fryzjer" - jak słyszałem - ani razu nie wymienił mojego nazwiska.
>>>Lech nie boi się degradacji z Ekstraklasy
Ten współtowarzysz „Fryzjera" z celi, człowiek oskarżony o podwójny gwałt, zeznał podobno, że Ryszard F. miał mi załatwić zdobycie mistrzostwa Polski z Górnikiem Polkowice. Tylko, że ja nigdy w Polkowicach nie pracowałem. No i Polkowice nigdy nie były mistrzem Polski.
Pracowałem sam dla siebie. Lech był wtedy zespołem najczęściej pokazywanym w telewizji. Wszyscy mogli widzieć jak mecze wygrywaliśmy i jak przegrywaliśmy.
Skończyłem studia w 1994 roku, natomiast do Amiki przyszedłem dwa lata później. Już wtedy miałem uprawnienia trenerskie. A trenera ligowego zrobili ze mnie Stefan Majewski wspólnie z Pawłem Janasem. Później byłem przygotowywany do objęcia funkcji pierwszego trenera Amiki, a zadecydował o tym prezes Wojciech Kaszyński. Miałem być następcą Mirka Jabłońskiego. Kiedy odszedł z klubu Jabłoński, ja odszedłem razem z nim. To wszystko.