Karabach już nie raz pokazał w europejskich pucharach wyższość nad polskimi zespołami. Eliminował z nich m.in. Legię Warszawa, czy Lecha Poznań. W obu tych pojedynkach mistrz Azerbejdżanu na tle naszych drużyn wyglądał zdecydowanie lepiej piłkarsko. Niestety w środę sytuacja znów się powtórzyła.

Reklama

Nieskuteczność gości pomogła gospodarzom

Raków do przerwy powinien przegrywać przynajmniej dwoma golami. Byłyby to najniższy wymiar kary, która mogła spotkać miejscowych. Przewaga gości zarysowała się około 20. minuty. Od tego czasu piłkarze Rakowa mieli spore kłopoty z przeniesieniem gry na połowę rywali.

Goście natomiast spokojnie wymieniali między sobą piłkę. Zepchnęli gospodarzy do defensywy, którzy często bronili się całym zespołem na 30. metrze przed swoją bramką. Natomiast, gdy próbowali krótkimi podaniami rozegrać akcję od bramkarza, to po dwóch, góra trzech podaniach wszystko kończyło się stratą. Wysoki pressing rywali robił swoje.

Reklama

Dlatego dużo częściej podopieczni Dawida Szwargi wznawiali grę dalekimi podaniami, by nie narażać się na straty na własnej połowie. Ta taktyka też jednak była mało skuteczna. Przyjezdni łatwo radzili sobie z "lagą" graną na Łukasza Zwolińskiego. Jedyne zagrożenie dla bramki Szachrudina Mahammadelijewa w pierwszej połowie Raków stwarzał po stałych fragmentach gry.

Mahammadelijew powinien mieć pomnik w pod Jasną Górą

Niewykorzystane sytuacje z pierwszej połowy zemściły się na przyjezdnych po przerwie. Jednak uczciwie trzeba przyznać, że gole dla Rakowa bardziej są zasługą bramkarza Karabachu niż piłkarzy z Częstochowy.

Mahammadelijew miał swój udział przy wszystkich trzech bramkach dla "medalików". Najpierw nieporadna interwencja i 29-latek wepchnął piłkę do własnej siatki do spółki z Elwinem Cafarqulijewem. Później okazało się, że golkiper Karabachu ma dziurawe ręce. Fabian Piasecki uderzył piłkę głową w sam środek bramki. Piłka leciał wolno i wprost w Mahammadelijew. Powiedzieć o tej interwencji klops, to nic nie powiedzieć.

"Parodia" bronienia, którą odstawiał tego dnia golkiper Karabachu nie załamała jego kolegów. Za sprawą Redona Xhixhy w trzy minuty odrobili straty. I gdy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, to do akcji znów wkroczył Mahammadelijew. W doliczonym czasie gry wynik na 3:2 ustalił Sonny Kittel. Trzeba przyznać, że uderzenie z dystansu nowego nabytku częstochowian było dobrej jakości, ale znów interwencja golkipera ekipy z Azerbejdżanu pozostawiała sporo do życzenia. Mahammadelijew był ewidentnie spóźniony i piłka po jego rękach wpadła do siatki.

Kiedyś na podwórku obowiązywała zasada "gruby na bramkę". Stawiam orzechy przeciwko kasztanom, że "przysłowiowy" gruby przynajmniej dwie "szmaty" z trzech, które przepuścił Mahammadelijew by obronił.

Zaliczka jest, ale…

Raków wygrał i na rewanż za tydzień uda się z jednym golem zaliczki. Jednak z taką grą, jak w pierwszym spotkaniu o awans będzie trudno. Oczywiście można liczyć, że trener Karabachu znów w bramce powiesi ręcznik. Obawiam się jednak, że historia drugi raz się nie powtórzy.

W Azerbejdżanie zobaczymy dosłowną obronę Częstochowy. Raków będzie chciał bronić jednobramkowej zaliczki i cofnie się całym zespołem do głębokiej defensywy. Oczywiście wielu powie, że cel uświęca środki i najważniejszy jest awans, nieważne jak.

My to mówimy zarówno przy okazji gry reprezentacji, jak i drużyn klubowych w europejskich pucharach. Efekt jest taki, że za jednych i drugich musimy się wstydzić. Kompromitujemy się w Mołdawii i drżymy ze strachu przed mistrzem Azerbejdżanu.