W świetle aktualnej sytuacji pomyślna kontynuacja tego projektu nie wydawała się możliwa - ogłosił kierujący od 20 lat Borussią Dortmund Hans-Joachim Watzke, który tym razem wystąpił w roli rzecznika zarządu DFL po spotkaniu tej organizacji we Frankfurcie nad Menem.
Kibice rzucali na boisko tenisowe piłek i czekoladowe monety
Kibice w całych Niemczech od kilku tygodni protestowali przeciw zawartemu w grudniu przez władze DFL, przy poparciu 2/3 klubów, porozumieniu, polegającemu na przekazaniu inwestorom ośmiu procent udziału w przyszłych prawach telewizyjnych w zamian za kapitałowy wkład w międzynarodową promocję niemieckich rozgrywek ligowych.
Protest przybierał rozmaite formy, ale do głównych należało rzucanie na boisko tenisowych piłek i czekoladowych złotych monet. Z tego powodu wiele spotkań ligowych było przerywanych bądź rozpoczynało się z opóźnieniem, jak m.in. niedawny mecz na szczycie Bundesligi między Bayerem Leverkusen a Bayernem Monachium (3:0). Do przerwania gry używano także m.in. dronów, a na jednym ze stadionów do słupków bramek przypięto wiele blokad rowerowych.
Kibice nie chcą nadmiernej komercjalizacji futbolu
Kibice wzywali do ponownego głosowania, twierdząc, że porozumienie jest nieprzejrzyste i niedemokratyczne. Podkreślali, że decyzję podjęto potajemnie i bez gwarancji, że przedstawiciele klubów głosowali zgodnie z instrukcjami swoich członków.
Niemieckie kluby muszą przestrzegać zasady "50+1", która gwarantuje kontrolę nad nimi przez swoich członków i ogranicza wpływ zagranicznych inwestorów. Wśród fanów zapanowało przekonanie, że grudniowe porozumienie otwierało drogę do zniesienia w przyszłości tej świętej, z ich punktu widzenia, zasady oraz nadmiernej komercjalizacji futbolu.
Z drugiej strony rozgrywki ligowe w Niemczech cieszą się dużą popularnością, stadiony są pełne, ale za granicą zainteresowanie Bundesligą jest mniejsze niż angielską Premier League czy hiszpańską La Liga. Władze DFL właśnie chęcią podniesienia konkurencyjności względem innych rozgrywek tłumaczyły konieczność otwarcia się na zagranicznych inwestorów.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.