Dlatego mam kaca moralnego. Mam poczucie, że dajemy się zwariować urzędnikom. Jednak obecnie zamiast państwa liberalnego mamy papierkowe. Wszyscy zaczynają bać
się wszystkich i każdy na każdego zbiera jakieś kwity, haki. A my, jako związek, nie chcemy się w to bawić. Chcemy się zająć sportem, ale zachować przy tym pewną wolność decyzyjną. Ja,
jako prezes, muszę móc sam postanowić, czy dać pieniądze na proporczyk, czy na garnitur dla zawodników, by mogli godnie wystąpić przed prezydentem. I czy mogę to wliczyć w koszty związane
z działalnością statutową, czy nie. W tej chwili budżet związku jest tylko w jednej czwartej budżetem finansowanym przez państwo, pozostałe pieniądze zdobywamy sami. I uważam, że, jeśli
osiągamy dobre wyniki sportowe, jeśli organizujemy fajne imprezy, to nie urzędnik powinien decydować, co ja mogę zaliczyć w koszty, a co nie.
Statut powinien decydować o najważniejszych dla nas sprawach. Reszta mogłaby być ujęta choćby w regulaminach. Związki sportowe powinny mieć większą swobodę w działaniu, a nie być zmuszane przez urzędy podatkowe do tego typu konstruowania statutu.
Ale jakie to jest ukrywanie kosztów? Ja działam w związku społecznie i nie biorę w ogóle za to pieniędzy. I co, czy teraz gdy pojawił się choćby ten zapis o garniturach, uważa pani, że
będę je sobie kupował z pieniędzy związku, a potem jeszcze ten zakup odliczał od podatku? To jakaś totalna bzdura. Przede wszystkim nie są to pieniądze dla działaczy, ale dla zawodników, i
to dla tych, którzy reprezentują Polskę. Tak było zawsze i nikt tego nie kwestionował. Teraz zaczyna się szukać haka, bo związek sobie nieźle radzi, bo ma pieniądze, to trzeba mu te
pieniądze zabrać. Nie rozumiem tego. Te punkty, które pojawiły się w statucie, zostały wpisane za radą ludzi zajmującymi się audytem i rozliczeniami. To oni nam powiedzieli, że jeśli
chcemy, żeby te koszty były łatwiej rozliczone, to muszą się znaleźć w statucie. Bo inaczej ktoś może się przyczepić, bo urzędnik podatkowy przyjdzie i tego nam nie zaliczy w kosztów. I
to jest taka bez sensu kołomyja. Ja się z tym źle czuję.
Trudno, jeżeli nie możemy tych punktów ująć w regulaminach, i jeśli to urzędnicy mają nami rządzić i to oni będą decydować, co mamy zapisane w statucie, to musimy się na to zgodzić.
Nie mamy innego wyjścia. Ale to nie jest kłótnia między nami, chodzi o ten zewnętrzny kac, który nas męczy. Gdyby ludzie wiedzieli, ile my musimy wypełniać stron dokumentów, by rozliczyć
dotacje z ministerstwa, to by się za głowę złapali. To są tomiska papierów. Za każdym razem trzeba przygotować plan zawierający 40 stron. Jeśli w tym planie zmieni się hotel X na hotel Y,
to trzeba to wypełniać od nowa. A przecież to jest tylko jeden hotel! Ja już na samym początku proponowałem, żeby związkowi przyznawać pewną kwotę na spełnienie określonych celów.
Jeśli zdobywamy mistrzostwa, to powinniśmy móc pokazać tylko prawidłowość rozliczenia na koniec roku, a nie co tydzień składać nowe papiery.
Mamy do czynienia z dwiema różnymi rzeczami. My ubezpieczamy zawodników od nieszczęśliwych wypadków w czasie grania w reprezentacji. A więc, jeśli zawodnik odniósłby kontuzję, która
wymagałaby później poddania się operacji i przejścia rehabilitacji, to koszty leczenia pokrywa związek. Także kluby otrzymują zwrot za to, że zawodnik nie był zdolny do gry np. dwa
miesiące. Obecnie jednak trwa dyskusja, czy należałoby także ubezpieczać kontrakty zawodników i kto miałby to robić. Oczywiście zupełnie inaczej to wyglądało, gdy siatkarze zarabiali po
50 tys. zł rocznie, ale teraz te kwoty są znacznie większe. Obecnie zawodnik średniej klasy rocznie dostaje 400 tys. zł, a ponad milion otrzymuje zawodnik dobrej klasy. W normalnej zawodowej
lidze jest tak, że zawodnik sam jest zobowiązany ubezpieczyć sobie kontrakt. Ja uważam, że to czy on chce grać i czy może grać w reprezentacji, to zależy wyłącznie od niego. Nie chcesz
grać w reprezentacji, nie graj, to twoja sprawa. Tu masz szansę się wykazać, możesz podwyższyć sobie kontrakt. Występy w kadrze to nie jest żaden mus. I ja właśnie chcę do tego dążyć,
jeśli dany zawodnik chce grać w reprezentacji, to powinien sam zadbać o ubezpieczenie kontraktu i wiem, że ci najlepsi właśnie tak robią. Ale możemy się też dogadać, że jest to rola
klubu, zawodnika i związku. Jeśli ubezpieczenie trwa cały rok, to związek może płacić składkę za okres grania w reprezentacji. Szukamy najlepszego rozwiązania, ale prawdą jest, że
wszędzie w ligach zawodowych zawodnik sam ubezpiecza swój kontrakt.
Coś w rodzaju draftu? Kwestie zarobków reguluje rynek. Po poprzednim sezonie z powodu kryzysu kluby zaczęły mniej płacić zawodnikom, ale wystarczyło wygrać mistrzostwo Europy i znów te
kontrakty poszły w górę. Tak więc, jeśli jest wynik sportowy, jeśli jest wygrana, to od razu oznacza większe pieniądze.
Odwrotnie, to PZPN chciałby być jak PZPS.