Jestem pewien, że tak. Znam dobrze oba te kraje i jestem pewien, że przygotują doskonałe mistrzostwa Europy. Zresztą od kilku dni znajomi dzwonią do mnie i pytają: "Radek czy warto
tam jechać?" Mówię im: "Jedźcie w ciemno, nawet bez biletów. Bo uważam, że warto tam być nawet pod stadionem. Atrakcji dla kibiców będzie tam co niemiara. To są piękne
kraje dla turystów". Sam zresztą też wybieram się na Euro. Pakuję rodzinę w samochód i robimy sobie wspaniałe piłkarskie wakacje. Chciałbym obejrzeć, jak najwięcej spotkań. W
tym oczywiście wszystkie, w których wystąpią Polacy.
Ja bym ich tak nie lekceważył. Jestem piłkarzem i wiem co mówię. Nie można oceniać drużyny na podstawie wyników meczów sparingowych. W takich spotkaniach bez żadnej stawki naprawdę trudno
się zmobilizować. Proszę przypomnieć sobie, jakie wyniki mieli Niemcy przed mistrzostwami swiata w 2006 roku. Przecież po wysokich porażkach z Włochami i Rumunami wszyscy domagali się dymisji
Juergena Klinsmanna i mało kto wierzył, że gospodarze coś zdziałają na mistrzostwach. Potem okazało się, że grali rewelacyjnie. Dlatego kiedy ktoś pyta mnie, czy chciałbym, żeby Polska
trafiła w grupie na Austriaków, odpowiadam, że nie. To drużyna żądna sukcesów. Liga austriacka kończy się w kwietniu. Potem trener Josef Hickersberger zbierze zawodników na ponad miesiąc i
w tym czasie z pewnością znakomicie ich przygotuje do mistrzostw. Na dodatek został już zażegnany konflikt z dwoma najlepszymi obrońcami, którzy obrazili się na selekcjonera. Emanuel Pogatetz
i Martin Strunz znowu grają w kadrze. To będzie naprawdę silna, młoda, ambitna drużyna, której liderem będzie Andreas Ivanschitz z Panathinaikosu Ateny.
Uważam, że tak. Wystarczy spojrzeć na obcokrajowców, występujących w klubach Austrii i Szwajcarii. W tym drugim kraju liga jest bardziej zróżnicowana. Kanton niemieckojęzyczny zapatrzony
jest na Bundesligę i tamtejsi piłkarze wzorują się na gwiazdach z Niemiec, z kolei włoski patrzy na Serię A, a francuski na ekstraklasę francuską. Kaźdy klub szwajcarski gra w innym stylu. W
Austrii wszystkie zespoły grają podobnie - jak Niemcy. Muszę jednak przyznać, że ostatnio tamtejsze kluby płacą gorzej niż parę lat temu. W tej chwili tylko Red Bull Salzburg stać na
prawdziwe gwiazdy. Tacy piłkarze, jak Chowat Niko Kovac, Czech Vratislav Lokvenc, czy Niemiec Alexander Zickler zarabiają tam kolosalne pieniądze.
To prawda. Rok temu lepsza okazała się Valencia, a teraz Szachtar Donieck. Porażki z takimi klubami to jednak nie wstyd. Miałem okazję poznać właściciela Red Bulla, Dietricha Mateschitza. To
człowiek, który tak łatwo nie rezygnuje i nadal ma zamiar inwestować w klub, tak żeby stał się wizytówką austriackiej piłki. Dlatego też po porażkach w eliminacjach Champions League pracy
nie stracił Giovanni Trapattoni. Władze klubu zdają sobie bowiem sprawę, że marketingowo nazwisko Włocha jest bezcenne i pomoże ściągnąć do klubu jeszcze nie jedną gwiazdę.
No cóż, kibice w tych krajach sa raczej spokojni i mało ekspresyjni. To na pewno nie są tacy kibice, jak w Polsce. Przecież kiedy na stadionie Ernsta Happela grała Legia, to 2 tysiące kibiców
ze stolicy zakrzyczało 14 tysięcy miejscowych.
Przede wszystkim zazdroszczę im takiego trenera, jak Leo Beenhakker. Zazdroszczę tego, że w reprezentacji grają najlepsi, a powołaniach decyduje trener, a nie jakieś układy, czy menedżerowie.
Za moich czasów tak nie było. Przyjeżdżałem na kadrę i miałem wrażenie, że skład na mecz jest z góry ustalony. W ogóle to cud, że w tej reprezentacji się znalazłem. Trenerzy w ogóle
nie mieli pojęcia, że jest taki piłkarz, jak Gilewicz. To wy, dziennikarze sprawiliście, że zostałem sprawdzony. Jak grałem w VfB Stuttgart, to domagaliście się powołania dla mnie. Podobnie
później, kiedy regularnie zostawałem najlepszym strzelcem ligi austriackiej.
Też tak uważam. Nie unikam tego tematu, bo swoją karierę ogólnie uważam za udaną, poza rozdziałem pod tytułem „Reprezentacja”. Tak naprawdę jednak żałuję, że żaden
z selekcjonerów nie postawił na mnie, tak jak Beenhakker na niektórych młodych zawodników. Ja nigdy nie dostałem tylu szans co na przykład Grzegorz Rasiak. Wychodziłe zwykle na kilka
ostatnich minut, a w takiej sytuacji naprawdę ciężko jest strzelić gola.
To prawda, ale w tym meczu też nie czułem się komfortowo. O tym, że gram dowiedziałem się tuż przed spotkaniem. I stało się tak tylko dzięki prasie. Trzy dni przed Anglikami graliśmy
sparing ze Świtem Nowy Dwór. Wszedłem po przerwie i zdobyłem dwa gole. Gazety zaczęły więc pisać, że powinienem grać. Trener Janusz Wójcik wystawił więc mnie do składu, ale zrobił to
raczej bez przekonania. Dlatego uważam, że młodzi chłopcy z reprezentacji powinni cieszyć się, że mogą pracować z Beenhakkerem. Proszę zobaczyć, jak on wpływa na tych chłopców. Tomasz
Zahorski w lidze nie mógł strzelić gola w kilkunastu spotkaniach. Wystarczyło jednak powołanie i chłopak zupełnie się odmienił. W Belgradzie w meczu przeciwko silnym Serbom był jednym z
najlepszych na boisku.
Wierzę, że Sebastian jeszcze wróci do dawnej formy i do reprezentacji. Rozmawiałem z nim dwa dni temu. Chwalił się, że wreszcie gra. W ostatnich spotkaniach miał pewne miejsce w pierwszym
składzie Valerengi Oslo.
Może dlatego, że odszedłem z Austrii? Dopóki byłem w klubie pomagałem Sebastianowi, jak mogłem i wtedy grał w pierwszym składzie. Zrezygnowałem z gry w Austrii w momencie, kiedy w klubie
panował wielki bałagan organizacyjny. W tym samym czasie odszedł też menedżer Toni Polster, który ściągnął Milę do Wiednia. No i potem nowy trener chciał robić wszystko odwrotnie niż
Polster. Na początek odsunięto od składu Sebastiana, który miał najwyższy kontrakt w drużynie. Mila nie poradził sobie z tą sytuacją. Kiedy przyjeżdżał do Austrii był gwiazdą polskiej
ligi. Myślał, że podobnie będzie nad Dunajem. Pamiętam, jak wtedy dzwonili do mnie dziennikarze i pytali, czy to nie jest za słaby klub dla Mili. Odpowiadałem, że nie jest wcale powiedziane,
czy będzie tu grać w pierwszym składzie. I okazało się, że tak było. U nas na bokach pomocy grali najlepsi piłkarze ligi austriackiej, reprezentanci Czech - Stepan Vachousek i Libor Sionko.
Na środku grał świetny Francuz Jocelyn Blanchard. Oni byli nie do ruszenia. Dla Mili nie było miejsca. Uważam, że nie powinien przychodzić do Austrii. Jego menedżer musiał wiedzieć, jakie
będzie mieć tu szanse na grę. Ale ten człowiek po dokonaniu transferu w ogóle nie interesował się Sebastianem, który po prostu nie umiał się w Wiedniu odnaleźć. Dlatego transfer do
Norwegii był dobrym posunięciem, bo to świetne miejsce na odbudowanie kariery.
A to dlatego, że miałem świetnego menedżera Heinza Grulera! Jak wyjechałem do szwajcarskiego St. Gallen miałem 21 lat. Nie rozumiałem ani słowa z tego co do mnie mówił menedżer, bo nie
znałem niemieckiego. Ale mimo to dzwonił do mnie codziennie i pocieszał mnie, kiedy miałem jakieś problemy. To fachowiec najwyższej klasy, który prowadził interesy tak znanych piłkarzy, jak
Didier Hamann, czy Fernando Morientes. Gruler związał się ze mną na długie lata i nie ograniczał się tylko do kasowania prowizji za transfery. On po prostu mądrze budował moją karierę.
Kiedy Karlsruhe spadło z Bundesligi nie wiedziałem co dalej robić. W tym samym czasie moj ojciec ciężko zachorował i pomyślałem, że chyba będzie lepiej kiedy wrócę do Polski. Myślałem:
"Cóż, nie udało mi się zwojować Europy. Ale wtedy Gruler powiedział: "Rado, spokojnie. Może spróbujesz czegoś nowego, innego?". I załatwił mi kontrakt w Tirolu
Innsbruck. Teraz mój menedżer pomaga Mili.
Ja tak na to nie patrzę. Licznik moich ligowych goli stanął na 99, ale przecież zdobywałem bramki także w Stuttgarcie, Karlsruhe, wcześniej Ruchu Chorzów. Oprócz ligi zdobyłem mnóstwo
bramek w europejskich pucharach i to w meczach z drużynami pokroju np. Valencii, czy Fiorentiny. Naprawdę mam ich grubo ponad setkę. Jestem więc zadowolony ze swojej kariery oprócz, jak już
wspominałem, nieudanej przygody z reprezentacją.
To prawda, ale chciałbym przypomnieć, że Jurek przepracował z Górnikiem cały okres przygotowawczy, a ja dołączyłem do Polonii na tydzień przed ligą, a na dodatek po dobrym początku
rozgrywek złapałem kontuzję. Wydaje mi się też, że razem z Polonią lepiej radziłbym sobie w pierwszej lidze, niż w drugiej. Tu się naprawdę ciężko gra. Jest kilka silnych zespołów
– my, Śląsk, Lechia, czy Arka, a pozostałe braki w umiejętnościach nadrabiają walecznością. W całej mojej karierze nie byłem tak pokopany, jak teraz! Ale ja się tym chłopcom nie
dziwię. Widzą przed sobą byłego reprezentanta Polski, to grają ostro, chca pokazać, co umieją. Ja na ich miejscu robiłbym dokładnie tak samo.
Mamy na to duże szanse. Wiosną ze wszystkimi najgroźniejszymi rywalami gramy na własnym stadionie, a to naprawdę duży atut.
Pomińmy ten temat. Na razie nie chcę o tym rozmawiać, bo po prostu nie wiem co ze mną będzie. W tym tygodniu czekają mnie rozmowy z właścicielem klubu i po nich powinienem być mądrzejszy. W
tej chwili biorę pod uwagę wszystkie możliwe rozwiązania, łącznie z zakończeniem kariery.
Cały czas świetnie funkcjonuje moja firma "Gilsport”. Produkujemy naprawdę wysokiej klasy sprzęt sportowy. Firma jest polska, ale tak jak wszyscy, produkujemy w Chinach.
Właśnie wchodzimy na rynek austriacki.
Może to dziwne, ale jeszcze nie. Leczę kontuzję i kiedy jestem w klubie, to trenera zwykle już nie ma. Nie wiem więc nawet, czy jesteśmy na ty, czy na pan. Mam nadzieję, że będziemy na
ty.
Jest ich kilku. Przede wszystkim Daniel Mąka, Piotr Klepczarek, Sebastian Olszar i Piotr Kulpaka, którego postawa bardzo mi się podoba. To chłopak, który daje z siebie wszystko. Na treningach
zasuwa i mówi, że musi grać za wszelką cenę, ławka go nie interesuje. Bardzo ambitny zawodnik. Każdy z tych chłopaków zawsze może zwrócić się do mnie po radę. Chciałbym pomagać
młodym piłkarzom budować ich kariery. Nie chodzi mi o to, żeby być menedżerem i nimi handlować, chodzi mi raczej o takie rady, które pomogą im uniknąć sytuacji takich, w których znalazł
się Mila.