Takimi opiniami się przejmować nie będę, już nie raz krytykowano mnie bez powodu. Chcę spróbować przede wszystkim dla siebie. Jeszcze te kilka dni popracuję z Widzewem, potem, gdy zacznie
się przerwa, zacznę jeszcze poprawiać kondycję. Styczniowe obozy dadzą odpowiedź, czy dam radę. Jeśli nic nie będzie mnie bolało, jeśli nie spuchnie ścięgno Achillesa, uznam że jest
sens wracać. Kiedy jednak zobaczę, że mój organizm nie da rady, nie będę oszukiwał siebie i prezesów. Nie podpiszę żadnego kontraktu, dopóki nie będę pewien, że dobrze się z niego
wywiążę. To dobry układ dla mnie i dla klubu.
Teraz nie złożę takiej deklaracji. Przez ostatni rok grywałem przecież tylko w meczach charytatywnych lub z kolegami wieczorową porą. Zdarzało mi się też zajrzeć czasami na jakiś trening
u kolegów, prowadzących zespoły z niższych klas. Tak się ukrywałem po tych czwartych i piątych ligach, by w ogóle trochę się poruszać. Teraz podjąłem poważną próbę powrotu. Dałem
sobie ostatnią szansę. Jeśli wytrzymam zimę, to wiosną rzeczywiście wrócę. I zagram. Ale jeśli będę "rzeźbił", to odejdę.
Jestem bardzo zadowolony. Miałem wprawdzie pecha, bo trafiłem na wtorkowe i środowe zajęcia, które z reguły są najcięższe w tygodniu, ale nie narzekam. Czuję w kościach każdy ruch, nogi
mnie bolą, ale przynajmniej wiem, że żyję. Widzę też, jak było mi brak atmosfery szatni i tych wszystkich piłkarskich żartów potrzeba. Już zresztą parę osób lekko
"wypuściłem"...
Na razie dziękuję władzom Widzewa, że pozwoliły mi tu trenować. Wiem, że są pewne problemy w związku aferą korupcyjną, ale liczę, że nie okażą się poważne. Nie chcę się w to
zresztą mieszać. Powiem tylko, że całe nasze środowisko jest zgodne, że trzeba tę sprawę całkiem wreszcie wyjaśnić i zamknąć. Można przecież poważnie obawiać się sytuacji, w której
każdy piłkarz będzie wolał wyjechać z kraju, nawet do słabej ligi, byle tylko nie obawiać się, że klub, z którym podpisał kontrakt zaraz zostanie zdegradowany.
Przyznam się szczerze, że nie za wysoko. Oglądam sporo meczów w telewizji, na wielu jestem na stadionie, ale w ostatnich pięciu kolejkach widziałem może dwa lub trzy fajne mecze, naprawdę
dobre. Korony z Zagłębiem Lubin i Bełchatowem, Wisły z Lechem, Lecha z Legią i... trudno mi sobie coś jeszcze z jesieni przypomnieć. Wiosną jakoś lepiej to wyglądało. Nie wiem z czego to
wynika. Jednym z problemów jest na pewno to, że większość klubów woli kupić przeciętniaka z zagranicy niż poczekać dziesięć meczów aż młody chłopak z juniorów przyzwyczai się do
ligi. To największa bolączka.
Ze mną jest inaczej niż z nimi. Oni cały czas grali za granicą, a ja grałem w salach polskich szkół podstawowych. Jestem w innym miejscu, więc nie wariuję, a spokojnie podchodzę do całej
sytuacji. Przecież ja nawet nie wiem, czy mi te dwa zimowe miesiące wystarczą! Pamiętajmy też, że ja grałem wcześniej w świetnych klubach Widzewie i Wiśle, byłem przyzwyczajony do dużej
swobody na boisku, często prowadziliśmy grę. A teraz wróciłbym do Widzewa, który ma spore problemy z utrzymaniem się przy piłce, na co zawsze zwracali uwagę tacy trenerzy, jak Henryk
Kasperczak i Leo Beenhakker. Jeśli zdrowie pozwoli i znów zagram w Łodzi, chciałbym pomóc to zmienić.
A i tak wywarł na mnie świetne wrażenie. Namawiał, by być długo przy piłce, szukać błędu rywala. I fajnie mnie potraktował, gdy po tej fatalnej połowie meczu przeciwko Finlandii,
podszedłem i powiedziałem, że to chyba mój koniec, że ciężko mi będzie wrócić. Beenhakker kazał mi walczyć i stwierdził, że mnie nie skreśla. Że będzie mnie obserwował i brał pod
uwagę. Jestem mu wdzięczny za takie podejście. Życie potoczyło się tak, że mój organizm się zbuntował, że miałem za dużo kontuzji i bólu. Ale te słowa Leo wiele dla mnie znaczyły.
Bądźmy poważni. To był najsłabszy mecz eliminacji, ten awans nie jest mój, a chłopaków. Nie będę więc zabierał głosu na temat pieniędzy. Nie tylko dlatego, że gdzie są pieniądze, tam
są niesnaski, ale także dlatego, że pamiętam, co wcześniej pisano gdy za mało pieniędzy po awansie dostał Tomek Frankowski. To nie moje sprawy. Jestem wielkim fanem reprezentacji i mogę
mówić, jak podoba mi się jej gra i jak cieszę się z sukcesu chłopaków, a nie jak dzieli się pieniądze.
Zabawne, prawda? Zwykle jednak z wami rozmawiałem. Czasem tylko odmawiałem wywiadów, gdy byłem bardzo zniechęcony tym, co się mówi i pisze. A teraz sam muszę pokazać legitymację
dziennikarską, by wejść na stadion.
Ja się nie popisuję i nie chcę wchodzić na nazwisko. Czekam spokojnie, aż ktoś sprawdzi, czy jestem na liście. Choć rzeczywiście na kilku stadionach nie muszę tego robić.
Super, bo jestem blisko piłki. Mam nadzieję, że widzom też się moja rola podoba. Staram się im pokazać rzeczy, które zauważyć może tylko były piłkarz. Zwrócić uwagę na grę
niedocenianych zawodników, którzy nie strzelają goli i nie asystują, wytłumaczyć pewne sytuacje, czasem usprawiedliwić arbitra.
Ale teraz często z nimi rozmawiami i widzę, jak się czasami można pomylić w ocenie ich decyzji. Na boisku grały jednak we mnie większe emocje. Dlatego usprawiedliwiając czasem sędziów,
rozumiem też piłkarzy. Często schodząc z boiska pytają mnie zresztą, czy arbiter miał rację.
Zwracamy uwagę na podobne rzeczy i to jest fajne. Ale "Stasiu" też czasem komentuje cały mecz i widzę, że wtedy inaczej podchodzi do gry. Z płyty boiska wszystko widać jednak
inaczej. Z dołu widać lepiej, więcej rzeczy można zobaczyć.
Dlatego chciałbym wrócić. I dlatego, by w końcu nie odpowiadać schodzącym po meczu kolegom na pytanie, kiedy znów zagram. Chcę dać sobie i swojemu organizmowi tę szansę. Ostatnią
szansę.