Cztery lata temu pojechał pan na igrzyska w ostatniej chwili zastępując kontuzjowanego Damiana Dacewicza. Teraz jest pan ważną postacią w reprezentacji Polski. Co poza tym się zmieniło od czasu igrzysk w Atenach?
Łukasz Kadziewicz: Najbardziej nasze nastawienie. W Pekinie mamy dużą szansę naprawdę coś wygrać. Ja zupełnie inaczej odbierałem Ateny, gdy w kadrze znalazłem się trochę przypadkowo, a inaczej te igrzyska, gdy jestem częścią drużyny, która ma szanse osiągnąć dobry wynik. Jestem starszym, bardziej doświadczonym zawodnikiem i bardziej mogę pomóc zespołowi. Zespołowi, który jest znacznie lepiej nastawiony na zrobienie dobrego wyniku.

Reklama

Wspomina pan czasem ostatni mecz grupowy sprzed czterech lat, gdy wygrana z Argentyną 3:0 pozwoliłaby wam uniknąć w ćwierćfinale Brazylii? Skończyło się ostatecznie 3:2.
Patrzę do przodu, a nie do tyłu. Gdybanie o tym, na kogo byśmy wtedy trafili, nie ma żadnego sensu. Gdyby Amerykanie przegrali z nami jedną piłkę w naszym pierwszym meczu w finałowym turnieju Ligi Światowej w Rio, nie wygraliby potem całej imprezy, bo już by ich nie było na tych zawodach.

W Rio się nie udało. Trudno było potem wyczyścić głowy ze złych myśli po dwóch porażkach?
Nie było żadnego czyszczenia, bo głowy wcale nie były "brudne". Wszyscy zawsze oczekują od nas zwycięstwa, a nie zawsze da się je odnieść. Naszym celem jest po prostu gra na wysokim poziomie. W Rio na dwa mecze nie wyszedł nam jeden, przeciwko Serbii - to jest sport, to się zdarza. Nie ma z tego powodu dramatu.

Gdybyście osiągnęli dobry wynik, nie czekalibyście spokojniej na niedzielny mecz z Niemcami?
Liga Światowa to komercyjna impreza, która wcale nie przynosi aż takiego splendoru. Można było po prostu zarobić milion dolarów za zwycięstwo, potem przeliczyć po słabym kursie i podzielić na 20 zawodników, oddając jeszcze część federacji. Nic wielkiego. Podczas igrzysk wszystko jest znacznie ważniejsze niż ten milion. Koncentrujemy na czymś, co może i powinno być wielką sportową przygodą, a nie tylko wycieczką. I albo przegramy, a potem będziemy słyszeć, jak wszyscy nas atakują, albo wygramy i inni będą musieli pomyśleć, jak wycukrownay komentarz na nasz temat wygłosić. Liczę na to drugie.

Niedzielny mecz z Niemcami będzie chyba kluczowy, by tak się stało?
Nie traktuję go w ten sposób. To po prostu pierwsze spotkanie na igrzyskach, które można wygrać, przegrać, ale na pewno nie da się go zremisować. Można też wygrać, a potem nie wyjść z grupy lub przegrać i grać dalej. Nie ma co nad tym myśleć. Przecież bez względu na wynik nie położymy się w meczach z Brazylią, Rosją i Serbią. Wyjdziemy na boisko, by z nimi wygrać. Żeby coś osiągnąć w igrzyskach, trzeba pokonać wszystkich. Mamy tego świadomość.

Kiedy zaczęła się szczegółowa analiza gry Niemców?
Po ostatnim naszym spotkaniu w Rio. Każdy wziął płytkę z wycinkiem tego, co go najbardziej interesuje i się z nią zapoznał. Zresztą wiemy o rywalach bardzo dużo. To przecież zawodnicy którzy grają w Polsce, będą dopiero występować w naszym kraju, albo są nam znani z ligi włoskiej. Niemcy zresztą też wiedzą o nas wszystko, na tym poziomie nie ma tajemnic.

Pójdziecie w sobotę kibicować reprezentacji kobiet?
Raczej nie. Będziemy się koncentrować na sobie. Chcemy osiągnąć dobry wynik i potrzebujemy czasu dla siebie.

Widział pan już w wiosce olimpijskiej jakichś wielkich sportowców, znanych z pierwszych stron światowych gazet?
Widziałem kilku swoich kolegów z drużyny. I jeszcze paru świetnych Polaków i Polki z naszej ekipy... A tak serio: mamy przyjemność przebywania w gronie najsłynniejszych sportowców na świecie, ale to nie jest wycieczka. Można z otwartą buzią chodzić przez jeden dzień, ale potem czas skupić się na tym, co ważne dla ciebie: jedzenia, spania, czasu wolnego, koncentracji przed treningiem i meczem.