Tomasz Majewski: Na razie idzie mi dobrze. Ale nie chodzi o przyrost tłuszczu, nie chcę obudzić się z cukrzycą (śmiech). Pracuję nad mięśniami. Niemal codziennie jestem na siłowni. Wstaję
rano, jedziemy na śniadanie, potem trening, obiad, trening, siłownia i spanie. I tak w kółko. Jak to na obozie. Proste życie.
Bez przesady. Wziąłem ze sobą kilka książek, oglądam koszykówkę w telewizji. Raz byliśmy nawet w wodnym parku rozrywki w San Diego. Miałem też zamiar przejechać się na chwilę do
Meksyku, ale niestety nie było czasu.
Mogłem na AWF, ale tam są siatki na dwudziestym metrze, więc gdy rzucę dalej, to muszę się domyślać, jaki miałem wynik. W San Diego mamy świetne warunki. Tutejszego ośrodka nawet nie ma co
porównywać do tego na AWF ani nawet w Spale. Ładnie położony, nad jeziorem, duży, świetnie rozplanowany, nie ma tu tylu ludzi. No i ta pogoda… Ile teraz stopni jest w Warszawie? Cztery? A ja
mam dwadzieścia pięć. I przejrzyste niebo. W takich warunkach człowiek zupełnie inaczej się przygotowuje. Nic, tylko trenować.
Z „obcych” są miejscowi Amerykanie, są dyskobole i czterystumetrowcy. Kilka razy trenowałem z Linfordem Christie. Nic szczególnego. Powiedzieliśmy sobie
„cześć” i wróciliśmy do swoich zajęć.
A czego mam się bać? Każdy ma swoje obozy. Poza tym każdy trenuje trochę inaczej. Podglądanie mnie przy rzutach nic im nie da.
Co mogę powiedzieć? Tutaj szanuje się zwycięzców (śmiech).
I podtrzymuję zdanie. W Berlinie będzie aż czterech Amerykanów, a nie trzech, poza tym zawodnicy zupełnie inaczej przygotowują się do tego typu imprezy. Trener Olszewski powiedział o moim
ostatnim występie w Turynie: „Veni, vidi, vici”. Będzie bardzo trudno to powtórzyć. Mistrzostwa Europy w Turynie a mistrzostwa świata w Berlinie to dwa różne światy.
Jak wrócę z San Diego, mam tydzień przerwy, ale generalnie zdążę tylko załatwić niektóre formalności, mam sporo papierkowych zaległości. Potem wyjeżdżam na zgrupowanie do Hiszpanii.
Dopiero w maju trochę odsapnę. Ale i tak tylko na chwilę.
Dostaję kwiaty na lotnisku, jak wracam z zawodów. Trochę na to narzekam, ale ostatecznie je przyjmuję.
Nie „gwiazdorzę”. Chce pan pogadać - proszę bardzo. Fochów nie strzelam. Ja nie rzucam kuli dla kwiatów, nie wygrywam po to, aby ludzie mnie lubili. Mnie po prostu pociąga
rywalizacja.