Dziennik Gazeta Prawana logo

Majewski: Niech podglądają, nic im to nie da

19 marca 2009, 21:57
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
"Zamiast w San Diego, mogłem trenować na AWF, ale tam są siatki na dwudziestym metrze, więc gdy rzucę dalej, to muszę się domyślać, jaki miałem wynik" - mówi DZIENNIKOWI mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski.


Tomasz Majewski: Na razie idzie mi dobrze. Ale nie chodzi o przyrost tłuszczu, nie chcę obudzić się z cukrzycą (śmiech). Pracuję nad mięśniami. Niemal codziennie jestem na siłowni. Wstaję rano, jedziemy na śniadanie, potem trening, obiad, trening, siłownia i spanie. I tak w kółko. Jak to na obozie. Proste życie.


Bez przesady. Wziąłem ze sobą kilka książek, oglądam koszykówkę w telewizji. Raz byliśmy nawet w wodnym parku rozrywki w San Diego. Miałem też zamiar przejechać się na chwilę do Meksyku, ale niestety nie było czasu.


Mogłem na AWF, ale tam są siatki na dwudziestym metrze, więc gdy rzucę dalej, to muszę się domyślać, jaki miałem wynik. W San Diego mamy świetne warunki. Tutejszego ośrodka nawet nie ma co porównywać do tego na AWF ani nawet w Spale. Ładnie położony, nad jeziorem, duży, świetnie rozplanowany, nie ma tu tylu ludzi. No i ta pogoda… Ile teraz stopni jest w Warszawie? Cztery? A ja mam dwadzieścia pięć. I przejrzyste niebo. W takich warunkach człowiek zupełnie inaczej się przygotowuje. Nic, tylko trenować.


Z „obcych” są miejscowi Amerykanie, są dyskobole i czterystumetrowcy. Kilka razy trenowałem z Linfordem Christie. Nic szczególnego. Powiedzieliśmy sobie „cześć” i wróciliśmy do swoich zajęć.


A czego mam się bać? Każdy ma swoje obozy. Poza tym każdy trenuje trochę inaczej. Podglądanie mnie przy rzutach nic im nie da.


Co mogę powiedzieć? Tutaj szanuje się zwycięzców (śmiech).


I podtrzymuję zdanie. W Berlinie będzie aż czterech Amerykanów, a nie trzech, poza tym zawodnicy zupełnie inaczej przygotowują się do tego typu imprezy. Trener Olszewski powiedział o moim ostatnim występie w Turynie: „Veni, vidi, vici”. Będzie bardzo trudno to powtórzyć. Mistrzostwa Europy w Turynie a mistrzostwa świata w Berlinie to dwa różne światy.


Jak wrócę z San Diego, mam tydzień przerwy, ale generalnie zdążę tylko załatwić niektóre formalności, mam sporo papierkowych zaległości. Potem wyjeżdżam na zgrupowanie do Hiszpanii. Dopiero w maju trochę odsapnę. Ale i tak tylko na chwilę.


Dostaję kwiaty na lotnisku, jak wracam z zawodów. Trochę na to narzekam, ale ostatecznie je przyjmuję.


Nie „gwiazdorzę”. Chce pan pogadać - proszę bardzo. Fochów nie strzelam. Ja nie rzucam kuli dla kwiatów, nie wygrywam po to, aby ludzie mnie lubili. Mnie po prostu pociąga rywalizacja.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj