Michał Listkiewicz: Bardzo się cieszę. Gdyby wszyscy dbali tak o swoich poprzedników jak Grzegorz, to polscy pracodawcy słynęliby ze stosowania wysokich standardów. Poza tym on dotrzymuje
słowa. Kiedyś powiedział, że znajdzie dla mnie istotne miejsce, i tak też się dzieje.
To prawda. Czułem się niewykorzystywany, irytowałem się, że czas przeciekał mi przez palce. Niby coś tam sobie znalazłem, prowadziłem szkolenia dla sędziów, zaangażowałem się w futbol
kobiecy, ale to było trochę mało. Ambicje mam większe. Dobra wiadomość jest dla mnie tym lepsza, że Lato przedstawił swoją deklarację w obecności ministra Drzewickiego. Przed Euro 2012
wszyscy musimy grać w jednej drużynie. Nie możemy dzielić się na poszczególne spółki, PZPN i rząd. Cieszę się, że minister też to wyraźnie podkreślił.
Nie wiem, jak było, ale to już nie jest istotne. Niedawno dostałem sygnał ze strony rządowej, że będę jednak lepiej wykorzystywany. Najważniejsze, że jestem w spółce i będę miał okazję twórczo się wyżyć. Zgadzam się z Grzegorzem, który mówił, że na to miejsce zasłużyłem. W 2003 roku było w Polsce tylko dwóch ludzi, którzy wierzyli, że Euro 2012 może być naszym udziałem. Jeden nazywał się Listkiewicz, a drugi Adam Olkowicz. Systematycznie przekonywaliśmy do tego projektu coraz więcej osób i w końcu się udało. Różne rzeczy można o mnie mówić, ale nikt mi nie odbierze roli, jaką odgrywałem w staraniach o przyznanie nam mistrzostw. Podkreślają to nawet ludzie mi nieprzychylni. Pamiętam, jak jechaliśmy do Cardiff na oficjalną prezentację i odebrałem telefon z Kancelarii Prezydenta. Musiałem długo tłumaczyć, że mamy ogromną szansę na sukces. Pan prezydent nie chciał bowiem jechać, jeśli mielibyśmy ponieść porażkę.
Między mną a Adamem doszło do niepotrzebnych nieporozumień. Być może ja dolałem trochę oliwy do ognia w jednym z wywiadów prasowych. Już za to przeprosiłem. Przyznaję: byłem trochę
rozgoryczony. Różne myśli chodziły mi po głowie. Miałem propozycję pracy za granicą, zastanawiałem się, czy nie wrócić do zawodu tłumacza. Jestem jednak za młody, aby przechodzić na
emeryturę. Choć oczywiście cenię sobie to, że w ostatnich miesiącach przeczytałem sporo zaległych książek i systematycznie bywam w teatrach. Właśnie zresztą wychodzę do Narodowego na
"Iwanowa". A wracając do Olkowicza, to myślę, że nadal mogę spokojnie z nim współpracować. Kiedyś to się świetnie udawało.
Myślę, że Lacie. Ale gdyby moim przełożonym miałby być Olkowicz, Drzewiecki czy Herra, to nie widzę żadnego problemu. Ja już nacieszyłem się zaszczytami. Wiele lat byłem prezesem, wiceprezesem u wielkiego Kazimierza Górskiego, miałem poważne funkcje w UEFA, sędziowałem w finale mistrzostw świata. To naprawdę nie jest banał, teraz trzeba działać w zespole. Nie ma czasu na kłótnie, bo jak coś się nie uda, to naród nas wszystkich rozliczy.
Powinienem dostawać wynagrodzenie, bo zamierzam się tej pracy poświęcić w stu procentach.
Tak, mam umowę do ważną jeszcze do kwietnia, choć oczywiście opiewającą na znacznie mniejszą kwotę niż to, co zarabiałem jako prezes.
Nie sądzę. Jeśli porównamy kontrakt Leo z umowami innych trenerów z tej półki, np. Hiddinka, to okaże się, że Beenhakkerowi daliśmy nie za wiele. Poza tym i tak część kontraktu pokrywa
sponsor.
Eee tam, rozmawiałem z nim ostatnio. Zachowuje się jak każdy trener przed ważnym meczem. Trochę mu nerwy puszczają przed wyjazdem do Belfastu. Wie, że pokpił sprawę w spotkaniu ze Słowacją
i jest pod sporą presją. Przypomnijcie sobie, jak w takich sytuacjach zachowywali się Engel, Wójcik czy Janas.
Były takie rozmowy, ale ewentualnie miałbym się tym zająć od przyszłego sezonu. Dlatego nigdy nie rozważałem tej propozycji na poważnie. Wczorajsza deklaracja prezesa Laty wygłoszona w
takich okolicznościach sprawia, że teraz nie ma o czym mówić. Wracam do organizowania mistrzostw Europy.