Grzegorz Lato: Witam moich drogich manipulatorów z „Dziennika”.

Reklama

O co panu chodzi?

O list z UEFA, która rzekomo niepokoiła się sytuacją w polskiej piłce. Żadnego listu nie było.

A e-mail był?

E-mail był. Pytali, co się dzieje z najlepszym polskim sędzią, dlaczego ma kłopoty z prawem. Pytali, czy ma zarzuty, czy nie ma, czy może sędziować, czy nie może. Chodziło tylko o jednego sędziego. Odpowiedzieliśmy, że sprawa jest w sądzie. On się nie przyznaje do niczego, i tyle.

Czyli UEFA w ogóle się nie interesuje naszą aferą?

Jaką aferą?

Panie prezesie ponad 200 osób zatrzymano. To nie jest afera?

200 osób, a ilu policjantów w zeszłym roku wyrzucono z policji za korupcję? To też jest afera?

My się pytamy o futbol.

Było kiedyś takie państwo PRL. Wiadomo, jak się wtedy wszystko załatwiało. Na dzisiaj nie ma zbyt wielu skazanych, większość nie przyznaje się do winy. Stosowana ustawa jest tak napisana, że dotyczy tylko najwyższej klasy rozgrywkowej. Nie może być tak, że posądzamy kogoś o przekręty, bo jakiś sędzia w czwartej lidze wziął kilogram kiełbasy i flaszkę wódki.

Może prezes powinien dać dać czytelny sygnał, żeby więcej tej kiełbasy nie brali.

I tu się nawet z panami zgodzę. Z tym, że kiedyś były takie czasy. Poza tym wiedzą panowie, jak generalnie wyglądają te zarzuty. Ja mówię, że panom dałem, a panowie, że nic nie dostali. Tak to działa.

Kilka osób się jednak przyznało i zostało skazanych...

Kilka tak, ale np. „Fryzjer” się nie przyznaje.

Reklama

To jaki ma pan plan na walkę z korupcją?

Jestem za tym, żeby prokuratura czyściła ludzi, ale nie kluby. Ktoś daje pieniądze, inwestuje w klub, nie ma nic wspólnego z dawną jego działalnością i się nagle okazuje, że mu drużynę degradują. We Włoszech, w Niemczech wyczyszczono sprawy w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy. Niech mi panowie nie wmawiają, że mamy się tym zajmować przez najbliższe 10 lat. Sprawy dotyczą lat 2003, 2004. To już dawno było.

Ale to nie jest jednak jak z IPN, gdzie bada się sprawy z zamierzchłych czasów...

A jak ja mam to wyczyścić? Niech panowie nie żartują. Mam teraz ścigać Zbyszka Bońka za to, że kiedyś był prezesem Widzewa Łódź?

A propos Bońka. Kopiecie się ostatnio na łamach mediów.

Ja mu tylko odpowiedziałem na jego zaczepki jego słowami: nie jego rower, nie jego pedały, niech nie próbuje pedałować.

Zibi zdradził na łamach „Dziennika”, że umówił pana na kolację z Platinim, a pan nie chciał jechać do Szwajcarii. Zdaniem Bońka podczas zakulisowych rozmów można było przeforsować Euro 2012 w sześciu polskich miastach...

Spokojnie, powiem wam, jak było. Na trzeci dzień po przegranych wyborach na prezesa PZPN zadzwonił do mnie Boniek, mój przyjaciel z boiska, i zaproponował, że on załatwi spotkanie z Platinim i jeszcze weźmie do tego ministra Drzewieckiego. Więc ja mu odpowiedziałem grzecznościowo. Co on ma mi załatwiać jakieś prywatne spotkania, skoro ja wysłałem pismo oficjalne i zostałem super przyjęty przez Platiniego. Zresztą sami to widzieliście. I dzisiaj ja słyszę, że on coś załatwia. Nie wiem, jaki on miał interes w tym załatwianiu.

Twierdzi, że chciał pomóc bezinteresownie, wykorzystać bliską znajomość z szefem UEFA...

Oooo tak! I jeszcze Drzewieckiego chciał brać. Na prywatne spotkanie, dobry obiadek, dobre winko. Na pewno bezinteresownie.

Minister pana chwali niespodziewanie. Miała być wojna, jest sielanka...

Zgadza się, rozumiem, że to nie po waszej myśli. Lubicie wojnę. A my mamy wspólny interes – Euro 2012. To ma być sukces, rządu, PZPN i nas, wszystkich Polaków.

Z Listkiewiczem kolejne rządy wojowały. Pan nie miał w tej kwestii żadnego doświadczenia, a szybko ustawił się pan w znakomitej pozycji...

Z tym brakiem doświadczenia to nie przesadzajmy, niech panowie mi nie wciskają kitu. Ja byłem cztery lata senatorem i wiem, jak trzeba się dogadywać z politykami.

Jako polityk to uchodził pan raczej za outsidera. Nie zabierał pan głosu, w ogóle się nie udzielał.

W polityce to jest taka zasada, że jednostka w Sejmie i Senacie nie może nic zrobić? To jest gra zespołowa. Oglądają panowie przemówienia posłów. Cały czas występują te same twarze delegowane przez partie. Pozostałych 420 w ogóle się nie udziela.

Zmienił pan front, jeśli chodzi o Beenhakkera. O 180 stopni....

Znowu panowie manipulujecie. Nigdy nie zwalczałem Beenhakkera. Mówiłem tylko, że z nim trzeba podpisać kontrakt na zdrowych zasadach. Nie twierdziłem, że pokażę mu klamkę drzwi z drugiej strony. Z Beenhakkerem trzeba było zrobić tak: podpisać po ostatnim wygranym meczu w ostatnich eliminacjach wstępny kontrakt i zostawić sobie furtkę na kolejne ruchy w zależności od naszej gry podczas Euro. Tak jak robili Włosi i inni.

A za to, co teraz wyprawia, nie należy się jednak zwolnienie?

Sami go na piedestał wstawiliście. Mało tego, część dziennikarzy zaprosił do siebie prywatnie...

Kogo konkretnie? Taka plotka krąży w środowisku od kilku miesięcy, ale nikt nie jest w stanie jej zweryfikować. Pan wie coś więcej?

Nie chcecie, solidarność zawodowa. Rozumiem. Ja śledztwa nie będę robił, choć różne słuchy dochodzą. Pan Beenhakker ma pełne zaufanie, i tyle.

A kiedy pan widział ostatnio Beenhakkera na meczu ligowym czy pucharowym w Polsce...

Nie będę rozmawiał z selekcjonerem za pośrednictwem mediów. Przyjedzie, to z nim sobie porozmawiam. Dzisiaj ma być.

Jakieś kary pan przewiduje?

Moja sprawa.

Po każdym waszym spotkaniu z dużej chmury spada mały deszcz. Kończy się uśmiechami i uściskami dłoni.

Nie macie pojęcia, co dzieje się w trakcie tych spotkań w gabinecie. Jak panów szef zjedzie w gabinecie, to też tego nie nagłaśniacie.

Coś pan jednak słabo zjechał Leo, skoro kompletnie się nie przejmuje i lekceważy pracę w Polsce.

On zna moje zdanie i wie, czego ja od niego chcę. Nie zwolnię go pokątnie. Jak panowie sobie zresztą wyobrażają, że zwolnię selekcjonera po meczu wygranym 10:0? No, nie oszukujmy się. Byłbym niepoważny.

A może nowy trener byłby właśnie w tym momencie dodatkowym bodźcem dla zawodników i jeszcze realnie zawalczyliby o awans. Między Holendrem a zawodnikami zaczyna brakować chemii...

Nie jest tak do końca. Są tacy, którzy pójdą za nim w ogień. Rozmawiałem dość długo z radą drużyny przed meczem z San Marino i wyczułem nastroje. Jest paru młodych chłopaków, którzy się ocierają o tę kadrę, będą walczyć na całego.

A nie jest tak, że pan się boi zwolnić Leo, bo stoi za nim opinia publiczna? Pan jako były polityk wie, co to znaczy.

Źle mnie oceniacie. Byłem zawodnikiem, widziałem wiele niesprawiedliwości, jeśli chodzi o zwalnianych trenerów. Jako prezes muszę kalkulować na zimno. Czy to się opłaca, czy nie, czy to cokolwiek zmieni pod koniec eliminacji, gdzie nam zostały cztery mecze do rozegrania? Zmienię trenera i jak wyjdzie ten awans, to będzie cud. A jak nie wyjdzie? To pierwsi będziecie mnie kopali. Wy jesteście jak chorągiewki, piszecie i mówicie tak, jak wiatr zawieje.

Przeciwnie. To działacze i politycy są podatni na zmiany koniunktury...

No też, znam kilku takich (śmiech).

Między wierszami czytamy, że Beenhakker pracuje tylko do końca roku. Kto powinien być jego następcą?

Myślę, że Polak. Zasiądziemy z Antkiem Piechniczkiem i jego Wydziałem Szkolenia, będzie kilku kandydatów, rzeczowa rozmowa. Porównamy atuty, za i przeciw.

Widzi pan w tej roli kogoś w wieku Beenhakkera czy raczej postawicie na młodość?

Wybierzemy młodego trenera. Powiedzmy sobie uczciwie, że my ostatnio nie doceniamy polskich trenerów. Spójrzmy na sukcesy Kazimierza Górskiego, Antoniego Piechniczka, Jerzego Engela czy Pawła Janasa. Przecież to nie byli trenerzy zagraniczni. Czapka z głowy przed Beenhakkerem, ale teraz kolej na Polaka.

Niech pan wyjaśni sprawę sprzedaży praw telewizyjnych. Dlaczego zrobił to pan tak po cichu i na tak długi okres. Nigdzie na świecie się tego nie praktykuje.

Ja panom coś powiem. Sprzedaliśmy prawa na osiem lat, bo nie ma gwarancji, czy po Euro 2012 nadal będzie koniunktura, czy awansujemy do następnych mistrzostw, czy kryzys się nie pogłębi.

Ale widział pan, co się działo z prawami telewizyjnymi do Ligi Mistrzów. Mimo kryzysu ceny poszły w górę o 400 procent.

To była walka na śmierć i życie, bo akurat w Polsce było tak wielu chętnych. Gdyby nie liczba stacji telewizyjnych, to podobnie jak w Grecji czy Turcji byłaby to sprawa groszowa.

Może powinien pan poczekać i też pociągnąć pośredników za kieszeń.

A co źle ich pociągnąłem? Jeśli ja będę na następną kadencję prezesem, a sytuacja ekonomiczna w Europie się zmieni, to będzie można ten kontrakt renegocjować. Tendencja jest jednak spadkowa. UEFA wprost powiedziała, że przewiduje znacznie mniejsze dochody z Euro 2012 niż Euro 2008. To jest ocena fachowców.

Dlaczego nie było przetargu? Dlaczego sprawa nie stanęła podczas zarządu PZPN? Czego pan się obawiał?

Powiem panom tak: była powołana komisja, zarząd wyraził na to zgodę. W komisji byłem ja, Rudolf Bugdoł, Adam Olkowicz i prawnik Marcin Wojcieszak. Był protokół spisany, wszystko elegancko. Informacja była przedstawiano na zarządzie. Nie umoczycie mnie w żadne ciemne interesy. Możecie za to pana Bońka spytać, jak to było za jego czasów, kiedy był wiceprezesem PZPN i jednoosobowo podejmował decyzje o sprzedaży praw telewizyjnych.

To jakaś sugestia?

A broń Boże! Proponuje tylko, żebyście zadali mu to pytanie.

Zbigniew Boniek określa to, co pan zrobił, jednym słowem – skandal. Bo np. gdyby on został prezesem PZPN na następną kadencję, to nie miałby żadnej możliwości ruchu, kreowania polityki związku. Wszystko, co najlepsze, pan już sprzedał.

Zadam tylko jedno pytanie. A kto Bońka na tego prezesa wybierze? Znają panowie wyniki ostatnich wyborów w PZPN? Mogą mi panowie przytoczyć jeszcze raz ten wynik. Kochani, o czym my mówimy?

Czyli nie zakłada pan, że będzie miał kiedykolwiek następcę?

Jakbym podpisał na 2 lata, to byście pisali, że za krótko. Takie bońkowe gadanie. Opowiada teraz, że jak byłby prezesem, to załatwiłby też sześć miast. Śmiać mi się z tego chce. On w tym momencie w złym świetle stawia swojego przyjaciela Platiniego. Sugeruje, że u niego można coś na boku załatwić. U nas to by się nazywało korupcją. A co mają powiedzieć Ukraińcy? Czy to, że on się umówi z Platinim na lampkę wina, ma oznaczać, że oni tracą połowę swoich miast. Przecież to nie jest fair. To oni wpadli na pomysł, aby zorganizować te mistrzostwa. Powinniśmy być solidarni.

Zibi mówił, że trzeba było lobbować na rzecz 10 miast w sumie...

Nie było takiej możliwości. UEFA powiedziała jasno – minimalnie sześć, maksymalnie osiem. Koniec kropka. To zostało uchwalone w Bordeaux. Takie bajki to sobie Zbyszek może opowiadać. Przytaczacie Bońka, ale przypomnę, że ten pan zakłady przyjmował, że Polska nie dostanie organizacji Euro 2012. Mało tego, nie chciał nas nawet poprzeć w staraniach. Dopingował Włochów. Co on się tak nagle zakochał w tym Euro 2012? Może ma jakieś problemy, spytajcie się go.

Przypominamy sobie gola z Belgią podczas mundiali w 1982 roku. Cudowna akcja Laty i gol Bońka. Dlaczego teraz nie potraficie już współpracować?

Dziwię się Zbyszkowi. Ja go nie zaczepiałem.

Nie jest tak, że woda sodowa uderzyła panu do głowy w momencie, kiedy został pan prezesem?

Niech panowie nie żartują. W ogóle się nie zmieniłem. Wiem, że klęska, której doznał Boniek wyborach na prezesa, boli go strasznie. Dostał trzysta procent głosów mniej ode mnie. Nie był w stanie nawet zawalczyć ze Zdzisławem Kręciną. Nie dał rady, choć miał za sobą całą prasę, media, Surkisa, manipulowaliście, jak tylko mogliście. Mnie błotem obrzuciliście. Zamieszaliście mnie we wszystkie możliwe afery, wszystkie chwyty były dozwolone. I co? To ja jestem prezesem PZPN.

Boniek nie umie przegrywać?

Piłkarzem był wielkim, ale także wtedy nie zawsze wygrywał. Pamiętam, jak przyjechał ze swoim Widzewem do mnie do Mielca. Śmiał się, że to wiocha, a dostał 3:0 i wyjazd do domu (śmiech).

PZPN nie zgłosił kandydata do komitetu wykonawczego UEFA, sami pozbawiliśmy się wpływu na kluczowe decyzje tej organizacji. To jakaś koszmarna katastrofa, może pan to wyjaśnić?

To jest niedopatrzenie. Inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Mieliśmy niemal stuprocentową szansę, że nasz przedstawiciel wejdzie do komitetu.

Wyciągnął pan konsekwencje?

Dla siebie to zostawię.

A nie było tak, że nie wystawiliście kandydata, bo musiałby to być albo Boniek, albo Listkiewicz. Baliście się, że w takim przypadku PZPN przestanie być dla UEFA partnerem.

A dlaczego mielibyśmy ich wystawić? W życiu nie było takiej możliwości. Jedyną osobą, która mogła kandydować, to byłem ja.

Tak czy inaczej to chyba największa pana wpadka w kadencji?

Nie moja. To pismo powinno do mnie trafić na biurko, a nie trafiło.

Kto zgubił faks? Zdzisław Kręcina, Mirosław Ryszka?

Nie, nie, nie. Nie dowiecie się ode mnie. Panowie chcecie rozebrać na czynniki pierwsze Polski Związek Piłki Nożnej. Szkoda prądu. Nie macie szans. To, co ja wiem, to wiem, wiem też kto zawalił.

Co uznaje pan swój największy sukces przez ponad pół roku działalności w PZPN?

Mam biuro prawne z prawdziwego zdarzenia. Pomału zmieniamy wizerunek PZPN. Jestem z ministrem sportu w bardzo dobrych kontaktach. Nie ma żadnych zatargów z rządem. Nam trzeba spokoju. No i nie ukrywam, że także PZPN przyczynił się do tego, że wszystkie sześć miast polskich zmieściło się w tych kryteriach, które UEFA przygotowała.

Czy to aż tak wielkie sukcesy, żeby po pół roku zwiększyć sobie pensję o 100 procent do 50 tysięcy złotych miesięcznie?

PZPN nie jest spółką państwową. Żadna złotówka polskiego podatnika nie wpływa do budżetu PZPN. I tyle mam do powiedzenia. Jeżeli ja mam być prezesem PZPN, na świeczniku, kopany przez media, to muszę dostać za to rekompensatę. Siadam w restauracji, jem obiad, popijam wino i robi się ze mnie pijaka. Bo takie są dzisiejsze media. Mogę w tym uczestniczyć, ale za dobre pieniądze. U nas każdy, kto jest na świeczniku, to złodziej, menel, przekręt, pijak, pedofil. Same sensacyjne sprawy. Tylko to się sprzedaje. To musi kosztować. Czepcie się raczej tych zwolnionych z telewizji publicznej, którzy dostają gigantyczne pieniądze. Albo prezesów spółek państwowych. Przy nich to ja jestem mały pikuś.

Dba pan o wizerunek, ale tą podwyżką to sobie pan strzelił w stopę. Lepsze byłoby wrażenie, gdyby dał pan parę złotych na piłki dla dzieci na wsiach. Nie doradził panu tego PR-owiec.

Chcę zarabiać nie mniej niż prezes Ekstraklasy SA. On ma 16 drużyn pod sobą, a ja prawie 7600 drużyn.

Zatrudnia pan cały sztab ludzi, którzy pracują nad pana wizerunkiem...

I też mi to wypominają. Że mam biuro prasowe, prawne, że młodzi ludzie wchodzą.

I coraz ładniej się pan ubiera...

I nawet dla jaj paliłem cygaro ostatnio na Polonii (śmiech). Pracuję nad sobą.

Nie czuje się pan już przedstawicielem najtwardszego piłkarskiego betonu?

Czuję się, uważam, że każda solidna konstrukcja powinna mieć solidną betonową podmurówkę. Boli mnie natomiast, jak telewizja TVN prezentuje zdjęcia ze zjazdu PZPN, wyszukując najstarszych ludzi w sali i nazywając ich leśnymi dziadkami. To byli pan Rylski, pan Zientara, zasłużeni, porządni ludzie. Siedzieli w pierwszym szeregu, bo trzeba ich lata pracy jakoś docenić, a tu się robi zbliżenia ich twarzy i szydzi. Dlatego że mają po 90 lat i coś w życiu dla piłki robili? To mnie boli i jest niesmaczne.

Gra pan jeszcze w piłkę? Byłby pan w stanie przeprowadzić taką akcję jak w 1974 roku, kiedy strzelił pan gola Brazylii?

Teraz to ja mogę przeprowadzić akcję z panami przy barze (śmiech).