Tym razem nie było rozczarowania, zawodu czy złości. Faworyt zrobił to, czego wszyscy oczekiwaliśmy. Już po pierwszym skoku Małysza wiadomo było, komu należy się tytuł. Polak przewidywał, że do zwycięstwa potrzebne będą skoki na odległość około 100 metrów. W zawodach żaden z 50 startujących przed nim zawodników nawet nie zbliżył się do tej granicy, a on przekroczył ją o 2 metry. Tylko pół metra zabrakło do wyrównania rekordu skoczni, który od stycznia 2006 należy do Norwega Andersa Bardala.
Druga seria to była już tylko formalność. Gdyby nie Kamil Stoch, który miał szansę powalczyć o awans z 13. miejsca i nierozstrzygnięta kwestia podziału dwóch pozostałych medali, finał mógł zostać odwołany. Adam znajdował się w komfortowej sytuacji. Tylko katastrofa mogła odebrać mu czwarty tytuł mistrza świata. Dzięki olbrzymiej przewadze nie musiał ryzykować dalekiego skoku i niebezpiecznego lądowania.
Ale on zakończył konkurs po mistrzowsku. Znowu poleciał najdalej, choć po obniżeniu przez jury belki startowej nie udało mu się osiągnąć 100 metrów - uzyskał 99,5. Podobnie jak przy pierwszej próbie sędziowie dołożyli do tego wysokie noty za sylwetkę w powietrzu oraz lądowanie.
Pierwszy z gratulacjami rzucił się Stoch. Wskoczył na Adama, zanim ten jeszcze się zatrzymał, by zdjąć narty. Kilka chwil później hołd jednemu z najlepszych skoczków narciarskich w historii złożyli jego prawdopodobni następcy, Ammann i Morgenstern. Wzięli go na ramiona i obnieśli po całym zeskoku, pokazując wszystkim nowego–starego mistrza. Niewiele brakowało, by zrobili mu przy tym krzywdę, bo trzymający narty nad głową Małysz miał kłopoty z utrzymaniem równowagi i kilka razy niebezpiecznie się przechylił.
Po czterech latach obserwowania z boku radości innych tym razem to Małysz był głównym bohaterem wieczoru. Wskoczył na podium i cieszył się, jakby miał kilkanaście lat mniej. Podskakiwał, podnosił w górę ręce. Spoważniał dopiero, gdy słuchał Mazurka Dąbrowskiego.
Kiedy Małysz skakał z radości i udzielał kolejnych wywiadów, momenty triumfu przeżywał też trener polskiej reprezentacji Hannu Lepistoe. Nie było chyba zawodnika i szkoleniowca, który nie złożył doświadczonemu Finowi gratulacji. Wielu patrzyło na niego z zazdrością, bo o pracy z takim sportowcem jak Małysz mogą tylko pomarzyć. A Lepistoe będzie trenerem Małysza i naszej drużyny pewnie bardzo długo. Dzięki niemu nasz najlepszy skoczek odzyskał spokój i znów odnosi spektakularne sukcesy.
Odrobinę lepiej prezentują się też inni, młodzi Polacy. Stoch zajął ostatecznie 11. miejsce, Piotr Żyła nie wszedł do drugiej serii, ale usprawiedliwia go choroba. Lepistoe być może wreszcie rozwiąże problem kiepskich prędkości Małysza na dojeździe do progu. Na skoczni Miyanomori lider polskiej drużyny osiągał niesamowite jak na niego szybkości, a to jest przecież podstawa dobrego skoku.
Po zwycięstwie w Sapporo Małysz umocnił się na 2. miejscu w klasyfikacji złotych medalistów konkursów indywidualnych. Ma już 4 zwycięstwa: 3 na średniej skoczni (w 2001 roku w Lahti, w 2003 w Predazzo i teraz w Sapporo) oraz 1 na dużej (2003, Predazzo). Ma też srebrny medal za 2. miejsce na takim obiekcie (2001 w Lahti). Lepszy od Polaka jest tylko Norweg Birger Ruud, który w latach 1931–39 zdobył 5 złotych i 2 srebrne medale. Na liście multimedalistów mistrzostw Małysz jest dopiero 6., ale wyprzedzający go skoczkowie sporo swoich medali zdobyli podczas konkursów drużynowych, na co Małysz nie ma szans.
Nasz mistrz nie będzie miał wiele czasu na cieszenie się swoim nowym medalem, bo już w czwartek kadra rusza do Finlandii na kolejne konkursy Pucharu Świata. W sobotę w Lahti odbędzie się konkurs drużynowy, a następnego dnia zaliczane do Turnieju Nordyckiego zawody indywidualne. Małysz, który rok temu w Skandynawii odzyskał chęć do pracy po nieudanych igrzyskach, będzie tam próbował dogonić lidera klasyfikacji generalnej Pucharu Świata Andersa Jacobsena.
Nie wiadomo jeszcze, czy i kto zastąpi słabych podczas mistrzostw w Sapporo Roberta Mateję i Stefana Hulę. Hannu Lepistoe chciałby dokonać zmian w składzie, sięgając nawet po zawodników spoza kadry B. Nie jest jednak do tego przekonany prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Apoloniuszowi Tajnerowi żal pieniędzy zainwestowanych w zawodników, którzy od lat niczego nie osiągnęli.
To był najpiękniej wywalczony medal w tych mistrzostwach. Adam Małysz podczas konkursu na średniej skoczni w Sapporo skakał, jakby grał w innej lidze niż rywale. Nikt nie zbliżył się do jego poziomu. Srebrny medalista Simon Ammann stracił do niego 21,5 punktu. Thomas Morgenstern, który zajął trzecie miejsce, jeszcze jeden więcej - pisze DZIENNIK.
Powiązane
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama