Ta impreza posiada jakiś tajemny kod, którego wciąż nie możemy złamać, a nasi rywale posiedli już tę tajemnicę - powiedział kierownik sportowy norweskiej reprezentacji Vidar Loefhus.

Reklama

Na liście triumfatorów rozgrywanego od 2006 roku cyklu nie ma żadnego Norwega, choć - co podkreślają media w Oslo - pomysłodawcą zawodów był ich rodak Vegard Ulvang.

Wśród burzy opinii i głosów spokój zachowuje Bjoergen, która szuka błędów u siebie. Podkreśliła po raz kolejny, że Polka była lepiej przygotowana pod każdym względem: taktycznym, fizycznym i psychicznym.

Norweżka przyznała, że być może jej największym błędem było wycofanie się z dwóch poprzednich edycji TdS. "Z tego powodu nie nabrałam takiego doświadczenia w gospodarowaniu siłami i walce taktycznej jak Justyna Kowalczyk" - zaznaczyła.

Zapowiedziała, że w przyszłym sezonie rozgrywana na przełomie roku impreza będzie dla niej ważniejsza niż mistrzostwa świata. "Będę startować w TdS tak długo aż wygram, ponieważ tylko tego zwycięstwa nie posiadam w swoim CV" - dodała.

Jej zdaniem duży wpływ na końcowe rozstrzygnięcia miały też pierwsze, wygrane przez Polkę etapy, a zwłaszcza bieg na 10 kilometrów w Oberhofie, w którym była trzecia. "Głównie z powodu źle przygotowanych nart" - nadmieniła.

Komentatorzy telewizji NRK ocenili, że wnioski z dwóch wcześniejszych triumfów Kowalczyk powinny zostać wyciągnięte przed ostatnią edycją, a nie teraz. Ich zdaniem, Bjoergen mogła nie docenić polskiej narciarki i powinna "mocniej walczyć na początku touru, by przed ostatnim etapem wypracować bezpieczną przewagę".

Trener Bjoergen Egil Kristiansen zwrócił uwagę, że powodem przegranej może być przeziębienie biegaczki przed Bożym Narodzeniem. Zawodniczka ma jednak inne zdanie. "Teraz to tylko spekulacje. Przecież już w zawodach Pucharu Świata w Davos 10-11 grudnia było wyraźnie widać, że Justyna dochodzi do wielkiej formy. W TdS po prostu przegrałam. Justyna była silniejsza i lepsza" - podsumowała.

Reklama

Norweskie media zwróciły uwagę, że podczas gdy Kowalczyk i najlepszy wśród mężczyzn Szwajcar Dario Cologna przekraczając linię mety nie padali i nie wyglądali na "martwych", to Bjoergen sprawiała wrażenie kompletnie wycieńczonej, a Northug prawie stracił przytomność i nie rozumiał, co się do niego mówi.

Według ekspertów telewizji NRK, norweska kadra mogła nie trafić z formą, którą błyszczała na początku sezonu. "Doświadczeni w TdS potrójni zwycięzcy Kowalczyk i Cologna szczyt dyspozycji osiągnęli później i teraz widać, że celowali w ten cykl. Wygląda na to, że nasze dwa asy w tej rozgrywce osiągnęły wysoką formę zbyt wcześnie" - zaznaczono.

Norwegów nie oszczędzają też Szwedzi, który na pierwszych stronach swoich gazet oficjalnie zmienili nazwę Alpe Cermis, gdzie odbył się w niedzielę finał TdS, na "Wzgórze Hellnera", wiedząc, że to jeszcze bardziej wyprowadzić sąsiadów z równowagi.

Marcus Hellner uzyskał trzeci czas końcowej wspinaczki i zajął w zawodach drugie miejsce, tuż przed Northugiem. Porażkę jego, jak i Bjoergen oceniono jako "deklasację pewnych siebie, +niezwyciężonych+ mistrzów, którzy przypisali sobie zwycięstwa, zanim jeszcze impreza się rozpoczęła".

Sukces Kowalczyk dostrzeżono i doceniono również w innych krajach.

Niemiecki "Bild" napisał o hat-tricku Kowalczyk na Alpe Cermis. Z kolei portal informacyjny N24 zaznaczył, że 100 tysięcy franków szwajcarskich to odpowiednia nagroda za triumf w "Tourze cierpienia", jak określono wyczerpujące zawody.

Austriacki dziennik "Der Standard" podkreślił, że tegoroczne zwycięstwo ma dla polskiej narciarki szczególne znaczenie, gdyż Bjoergen bardzo chciała zwyciężyć po raz pierwszy w tej imprezie i był to dla niej najważniejszy start w sezonie.

O imponującym zwycięstwie Kowalczyk napisał również francuski dziennik "L'Equipe", włoski portal fastweb.it nadał jej przydomek "królowej Cermis", podkreślając, że Polka już po raz trzeci na tym wzniesieniu nie pozostawiła rywalkom złudzeń, komu należy się zwycięstwo.