24-letnią Szarapową dzieli już tylko krok od powtórki wyniku sprzed siedmiu lat, gdy właśnie w Londynie odniosła pierwszy spektakularny sukces, gdy miała 17 lat i niespełna trzy miesiące.

Na kolejny triumf w Wielkim Szlemie czekać musiała do września 2006. Trzecie i jak dotychczas ostatnie zwycięstwo w jednym z czterech najważniejszych turniejów w sezonie odniosła w styczniu 2008 r. w Australian Open. W tym sezonie w Melbourne odpadła w czwartej rundzie, a w paryskim Roland Garros dotarła do półfinału, eliminując po drodze (w 1/8 finału Agnieszkę Radwańską).

"To niesamowite emocje i uczucia, których nie sposób opisać, że znów zagram tu w finale. Wiem, że jestem jego faworytką, ale w sobotę muszę zagrać o wiele lepsze spotkanie, niż dziś. Jeśli wygram, to będzie to miało zupełnie inny smak, niż wtedy. Teraz mam 24 lata, jestem dojrzalszą i bardziej doświadczona zawodniczką" - powiedziała.

Szarapowa awansowała do finału po wygranej z Niemką polskiego pochodzenia Sabine Lisicki 6:4, 6:3. Jej rywalka wystąpiła w turnieju dzięki "dzikiej karcie" przyznanej przez organizatorów, bowiem na wiosnę zmagała się z poważną kontuzją i znacznie spadła w rankingu.

"Cieszy awans uzyskany po jednym ze słabszych meczów w tym turnieju, choć wygranym w dwóch setach. Miałam dzisiaj kłopoty z koncentracją, szczególnie w pierwszych trzech gemach, ale i później grałam falami, czasem bardzo dobrze, a chwilami wręcz fatalnie. Zbyt wiele dziś psułam piłek z gry i popełniałam za dużo podwójnych błędów serwisowych" - powiedziała Szarapowa, która w pierwszym secie wybroniła się ze stanu 0:3, a później mimo słabszych okresów jednak przejmowała inicjatywę w grze.

Szarapowa po raz drugi w karierze trafi na Kvitovą, bowiem pokonała ją wcześniej w 2010 roku w drugiej rundzie turnieju WTA Tour na twardych kortach w Memphis 6:4, 6:3. W sobotę po jej stronie będą trzy już zdobyte tytuły wielkoszlemowe, natomiast największym wrogiem Czeszki może być trema, bowiem dotychczas jej najlepszym wynikiem był półfinał osiągnięty przed rokiem w Londynie.

W tym sezonie odpadła w ćwierćfinale Australian Open i rundę wcześniej na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa w Paryżu.

Kvitova (nr 8.) w pierwszym czwartkowym meczu wyeliminowała Białorusinkę Wiktorię Azarenkę (4.) 6:1, 3:6, 6:2. Brytyjscy dziennikarze mogą odetchnąć z ulgą, bo po wtorkowych ćwierćfinałach solidarnie wyrażali obawy, że dojdzie w sobotę do "najgłośniejszego finału w historii Wimbledonu".

Szarapowa i Azarenka znane są bowiem z dziwnych dźwięków - westchnień, okrzyków, pisków i jęków - jakie wydają z siebie podczas gry, często nawet przy uderzeniach nie wymagających większego wysiłku. W tej sprawie głos zabrał nawet sam John McEnroe, były amerykański tenisista, prosząc na łamach środowego "The Daily Telegraph" Lisicki i Kvitovą, by nie dopuściły do "koncertu dwóch sopranistek" na wiekowym Korcie Centralnym. "To może sprawić, że w przyszłym roku wimbledońska trawa nie będzie chciała wyrosnąć ze strachu" - argumentował.

Jego apel przyniósł połowiczny sukces, głównie za sprawą słabszej dyspozycji Azarenki, szczególnie w trzecim secie, w którym dwukrotnie przegrała swój serwis. Poza tym zmarnowała kilka szans na przełamanie podania rywalki. Białorusinka, która 31 lipca będzie obchodzić 22. urodziny, po raz pierwszy w Wielkim Szlemie dotarła do półfinału.

Kvitovą wspierała w czwartek z trybun jej rodaczka Martina Navratilova, która choć urodziła się w Czechosłowacji, to przez większość kariery startowała z amerykańskim paszportem. Wygrywała najwięcej razy w historii Wimbledon - bo dziewięciokrotnie (1978-79, 1982-87 i 1990).