Raptors, którzy przed rokiem dość niespodziewanie po raz pierwszy triumfowali w rozgrywkach, w rywalizacji z Celtcis od początku byli w odwrocie, ale imponowali walecznością. W serii play off przegrywali 0-2 i 2-3, by po dramatycznym i rozstrzygniętym w drugiej dogrywce spotkaniu numer sześć doprowadzić do remisu 3-3.

Reklama

Decydująca batalia była wyrównana i zmienna jak cała seria. W pierwszej kwarcie ekipa z Bostonu odskoczyła na 12 punktów (19:7), ale jednym ją... przegrała. Przez większość drugiej prowadzili Raptors, ale na przerwę zespoły schodziły przy wyniku 50:46 dla "Celtów", którzy niewielką przewagę oddali później jeszcze tylko na moment pod koniec trzeciej odsłony. W ostatniej koszykarze 44-letniego trenera Brada Stevensa już kontrolowali sytuację, prowadząc nawet różnicą 10 "oczek".

Ich liderem był Jayson Tatum, który uzyskał 29 pkt, miał 12 zbiórek i siedem asyst. Jaylen Brown dodał 21 pkt i osiem zbiórek.

Fred VanVleet z 20 pkt był najskuteczniejszy w szeregach pokonanych, a 16 pkt zdobył Kyle Lowry.

Obie drużyny, wyraźne zmęczone długim szóstym spotkaniem, zagrały na niskim procencie skuteczności rzutów, w okolicach 41 proc. Gracze z Bostonu mieli problemy nawet z wolnymi (56 proc.), ale za to skutecznie bronili, wymuszając na rywalach aż 18 strat.

"Żeby osiągnąć coś wielkiego, odnieść duży sukces trzeba się napracować. Nasze zmagania z Raptors świetnie to obrazują" - przyznał Tatum.

Trener Stevens wybiegł już myślami do czekających jego zespół meczów z Miami Heat. "Musimy być gotowi na całkiem inną koszykówkę. Heat to dość wyjątkowa ekipa, mocno różniąca się od Raptors" - ocenił

Wśród przegranych nie było rozdzierania szat. "Spotkały się dwa świetne teamy, a dalej przejść mógł tylko jeden. To była szalenie wyrównania rywalizacja, ale czapki z głów przed Celtics. Mają szansę pokonać też Heat i zameldować się w wielkim finale" - zaznaczył Lowry.

Ciekawostkę stanowi fakt, że czterech zawodników "Celtów": Tatum, Brown, Kemba Walker i Marcus Smart występowało w drużynie narodowej USA, która dokładnie rok wcześniej - 11 września 2019 - w ćwierćfinale mistrzostw świata przegrała z Francją, by ostatecznie zająć w turnieju w Chinach siódmą lokatę, co było wielkim rozczarowaniem. 12 miesięcy później zameldowali się w czołowej czwórce NBA.

Reklama

"Ten rok nas zahartował, rozwinęliśmy się też jako zespół. Poza tym często decydujące są ambicja, determinacja, odporność psychiczna. A tych elementów próżno szukać w arkuszu statystyk..." - podkreślił Brown.

Na Zachodzie blisko finału wciąż są Los Angeles Clippers, ale pierwszą szansę awansu zmarnowali w piątek przegrywając piąte spotkanie z Denver Nuggets 105:111. O sukcesie rywali w głównej mierze zdecydowała wygrana przez nich 38:25 ostatnia kwarta.

Wśród prowadzących w serii play off 3-2 Clippers dobrze zaprezentowali się liderzy - Kawhi Leonard zdobył 36 punktów, a Paul George dodał 26, ale tym razem nie mogli liczyć na wielkie wsparcie zawodników drugoplanowych.

Dla Nuggets 25 punktów uzyskał Jamal Murray, a serbski środkowy Nikola Jokic uzbierał 22 i miał 14 zbiórek.

"Pewnie to zwycięstwo niewiele zmieniło i większość nadal nas skreśla. Nam to pasuje, bo najważniejsze, że my nie rezygnujemy" - przyznał trener Nuggets Michael Malone.

"Świadomość, że porażka kończy ich przygodę i wynikająca z tego determinacja chyba okazały się kluczowe" - ocenił George.

Szósty mecz w tej parze - w niedzielę.

Od wznowienia sezonu, przerwanego ze względu na pandemię koronawirusa, wszystkie spotkania ligi NBA odbywają się bez udziału publiczności w zamkniętym ośrodku Disney World pod Orlando na Florydzie.