Na taki mecz we Wrocławiu kibice koszykówki czekali 20 lat. Hala Stulecia w piątek była wypełniona do ostatniego miejsca. Kibice stali, siedzieli, gdzie tylko był jakiś kawałek miejsce i od samego początku panował niesamowicie głośny doping.

Reklama

Mecz zaczął się od remisu 5:5, ale od tego momentu inicjatywę przejął Śląsk. Wrocławianie odskoczyli na 12:5, a kilka chwil później było już 18:8. Goście nie radzili sobie z agresywną obroną gospodarzy, popełniali błędy, a to napędzało szybkie ataki Kosynierów. Zupełnie niewidoczny był lider Legii Robert Johnson, który w piątek obchodził 27 urodziny. Trener przyjezdnych Wojciech Kamiński poprosił o przerwę w grze, ale nic to nie zmieniło. Śląsk dorzucił kolejne sześć punktów (24:8) i dopiero wówczas czarną passę Legii przerwał rzutem za trzy Łukasz Koszarek. W odpowiedzi Kodi Justice również trafił zza linii 6,75 m i po pierwszej kwarcie było 27:11.

Reklama

W drugiej kwarcie przewaga gospodarzy zaczęła maleć. Po trzech minutach było 31:23, ale kolejny fragmenty gry goście wygrali 10:0. Trener Andrej Urlep poprosił o czas, lecz po wznowieniu gry wrocławianie nadal nie mogli przerwać fatalnej serii niecelnych rzutów, a za to trafił z dystansu Koszarek, a po kolejnych dwóch minutach był remis 31:31 i mecz zaczynał się od nowa.

Różnica polegała jednak na tym, że koszykarze Legii wyraźnie już się „wstrzelili” w kosz Śląska i seryjnie trafiali z dystansu. Po dwóch „trójkach” z rzędu Grzegorza Kamińskiego goście prowadzili 37:33, a później jeszcze jedno oczko dorzucił Muhammad-Ali Abdur-Rahkman. W tej części spotkania wrocławianie zdobyli zaledwie sześć punktów, co jest najgorszym wynikiem w tegorocznych finałach.

Reklama

Wystarczyło półtorej minuty trzeciej kwarty, a Śląsk odrobił straty i wyszedł na jednopunktowe prowadzenie (39:38). Świetnie w tym fragmencie spisywał się Travis Trice, który rozgrywał, asystował, ale przede wszystkim trafiał. Po jego rzucie za trzy Śląsk prowadził 47:40.

Kosynierzy niesieni niesamowitym dopingiem ponownie zaczęli agresywniej bronić i zmuszali rywali do oddawania rzutów z nieprzygotowanych pozycji. Po tym jak Kerem Kanter przepchnął się pod koszem i trafił Śląsk prowadził już 56:44. Trener Kamiński poprosił o przerwę i krótka reprymenda poskutkowała, bo przewaga gospodarzy przestała rosnąć.

Ostatnia część meczu rozpoczęła się wynikiem 61:52 i wszystko było jeszcze możliwe. Przez kolejne fragmenty trwała wymiana cios za cios. Przy stanie 73:61 rozgrywający świetne spotkanie Kanter trafił z dystansu i Hala Stulecia eksplodowała, a kiedy chwilę później wyczyn Turka powtórzył Kodi Justice (79:61), rozpoczęło się świętowanie. Do końca meczu pozostawało niewiele ponad sześć minut, ale duża część kibiców już nie siedziała.

To nie był jeszcze koniec emocji. Legia zdobyła pięć punktów z rzędu (79:66), trener Urlep poprosił o czas i seria przyjezdnych została przerwana, ale nikt nie zamierzał się poddawać. Zespół z Warszawy zaczął grać szybkie ataki, trafiać z dystansu i na cztery minuty przed końcem było 82:69. Kiedy jednak przy wyniku 83:74 Ivan Ramljak trafił za trzy, w Hali Stulecia zaczęło się prawdziwe świętowanie. Na parkiet poleciały już pierwsze serpentyny i spotkanie zostało przerwane, ale to już nie odmieniło losów meczu. Śląsk zwyciężył 90:77 i po raz 18. w swojej historii sięgnął po mistrzostwo Polski.

Piąty mecz finałowy: Śląsk Wrocław - Legia Warszawa 90:77 (27:11, 6:27, 28:14, 29:25).
Stan rywalizacji play-off (do czterech zwycięstw): 4-1 dla Śląska.
Śląsk Wrocław: Kerem Kanter 26, Aleksander Dziewa 16, Kodi Justice 14, Travis Trice 11, Martins Meiers 8, Ivan Ramljak 7, Łukasz Kolenda 5, D'mitrik Trice 3, Kacper Gordon 0, Jan Wójcik 0, Michał Gabiński 0, Szymon Tomczak 0.
Legia Warszawa: Muhammad-Ali Abdur-Rahkman 20, Łukasz Koszarek 16, Robert Johnson 13, Adam Kemp 10, Grzegorz Kamiński 9, Raymond Cowels III 5, Jakub Sadowski 2, Dariusz Wyka 2, Szymon Kołakowski 0, Jakub Śliwiński 0.


Autor: Mariusz Wiśniewski.