Jaki konflikt? Jeden drugiego podpuszczał, było sporo nieporozumień. Od dłuższego czasu żyjemy dobrze. Jak miś z misiem. W tej chwili nie podpalam się na kadrę. Niech sobie Leo dorobi
jeszcze do końca kontraktu. Niech wygra te dwa najbliższe mecze. Muszę kalkulować, jak wygrać wszystkie mecze do końca sezonu z Lechem Poznań.
Spokojnie. Aragones zdobył z Hiszpanią mistrzostwo Europy w wieku 71 lat. Ale rzeczywiście, praca z kadrą i drużyną Bundesligi to są moje dwa niespełnione marzenia. Gdybym teraz miał
odchodzić z Lecha do jakiegoś innego polskiego klubu, to byłoby bez sensu. Od zera człowiek tu zaczynał w tym Poznaniu, aż powstał jakiś zespolik, którym można się pochwalić. O ile
zarząd będzie chciał budować jeszcze silniejszego Lecha, to chciałbym go dalej pociągnąć. Nie interesuje mnie natomiast sielanka, trwanie w takim komforcie i niepodwyższanie sobie
poprzeczki. Zawsze wolałem z pianą na ustach coś osiągnąć, coś wywalczyć. To mnie zawsze interesowało. Nie należę do trenerów, dla których najistotniejsze jest przetrwanie. Takich,
którzy mówią sobie: a jeszcze jeden rok, a jeszcze jedna wypłata.
Jeśli dajesz z siebie wszystko, nie śpisz po nocach i czasami tak cię poniesie, że chcesz wyskoczyć przez balkon, okazuje się, że nie jest to wcale taka prosta praca. Trzeba to doceniać. W
porównaniu z innymi ja wcale taki drogi nie jestem. Na pewno tańszy od Kasperczaka, Urbana czy Skorży. W gazetach przeczytałem, że Kasperczak w Górniku zarabia 375 tys. euro rocznie. Nie mogę
się z nim porównywać. Heńkowi jednak nie zazdroszczę, uważam, że każdy powinien brać takie pieniądze, na jakie zasługuje.
Nie złapałem żadnej trenerskiej zadyszki, jak mi przypisywano. Dobrze się stało, że przez jakiś czas prowadziłem zespoły słabsze. Brałem nawet takie, które zajmowały ostatnie miejsca w
tabeli. Moja żona lamentowała i pytała, co ja robię, jak obejmowałem ostatnie Zagłębie Lubin czy Odrę Wodzisław. A to były właśnie dobre miejsca. Tam dopiero możesz poczuć, co robisz.
Im już nie można było zrobić nic złego, można było tylko pomóc. Warto przeżywać dramatyczne chwile, bo to hartuje. Musiałem wygrywać konkretne mecze, bo jak nie, to pociąg do drugiej
ligi odjeżdżał.
Ani przez chwilę. Ja jestem jeszcze krok przed światem. Teraz gramy taką taktyką, jaką gramy, a ja już kombinuję, co nowego wprowadzić od nowego sezonu. Swój warsztat możesz poprawiać,
prowadząc zespoły ligowe. Będąc trenerem reprezentacji - już nie.
Pamiętajcie, Smuda to jest kawał chama. Nigdy nie idę tą drogą. Układy mnie nie interesują. Owszem, miałem swoich ulubieńców, jak Frankowski, Szymkowiak, Citko czy paru innych, ale oni
umieli grać w piłkę.
To nie był przypadek. Miałem kontakty, znałem menedżerów w wielu krajach, wiedziałem, jakich konkretnie potrzebuję zawodników. Podsyłali mi ich do sprawdzenia, do innych sam miałem
przekonanie, znałem Arboledę, a jak zobaczyłem Lewandowskiego, to mówię: dawać mi tu szybko pieniądze. Jechać i kupować natychmiast!
Jedni jeżdżą w ciemnych okularach na mecze, a inni w normalnych. Nie używam ciemnych. To jest ta różnica.
Jedno z drugiego wynika. Nos jest najważniejszy. Bez nosa to wie pan, gdzie można sobie komputer wsadzić. Piłką gramy, a nie komputerem. Ja czuję opuszkami palców, jaką zmianę zrobić, kogo
dobrać.
W tym zawodzie musisz być bandzior, musisz wytrzymać. Kibiców, zarząd, media, całe to ciśnienie. Pamiętam, jak banda kibiców wyła za moimi plecami: Smuda, zmiana! A ja mówię sobie: ja wam
dam zmianę. A nie dam i koniec! Nie można ulegać. Czasem to wyglądało tak, że robię na przekór 30 tysiącom ludzi. Tak się wydawało, ale tak nie było. Bo przecież wyszedłem obronną
ręką. Gdybym podlizywał się kibicom, łaził za dziennikarzami, to nikt by mnie nie szanował. Trener, który nie potrafi wytrzymać ciśnienia i przy stanie 0:2 chowa się do budy, powinien
zapomnieć o tym zawodzie. Do domku i z pieskiem na spacerek. Musisz wytrzymać do końca, aż cię wypier... Czasem mam pianę na ustach i gały mi wychodzą. Jak zawodnicy widzą, że mógłbym
zeżreć trawę z ambicji, to też tak robią. Ja ich pociągam.
Oczywiście, a co w tym uwłaczającego? Piłka nożna to jest natura, praktyka. Możesz wszystkie szkoły skończyć, a bez praktyki nic nie osiągniesz. Przecież wszystkie zespoły, które brałem
bez względu na klasę, grały ładnie w piłkę. No na zdrowy rozum: muszę coś umieć. W aż tyle przypadków nie wierzę.
Jestem dyktatorem-demokratą. Wiem, kiedy przytulić, wiem, kiedy pałą pogonić.
Jestem niesamowicie przeciwko korupcji. Nie wezmę nawet śmierdzącego sera, nie przekupię. Jeśli moi piłkarze zdobędą medal za mistrzostwo Polski, to będzie on czysty jak łza. Nie może być
inaczej. Jakbym się dowiedział, że tu ktoś coś zachachmęcił, to biorę torebkę i wyjeżdżam do domu w Krakau.
Tego Piotrka mi jest żal. Wiedział, że to wszystko ma krótkie nogi. Popsuł sobie koniec kariery. Zdobył u mnie tytuł króla strzelców, wszedł do grona zawodników, którzy mają sto bramek,
mógł jeszcze mieć mistrzostwo. Powinien zostać menedżerem klubu, dyrektorem. Wszystko stracił.
Dwa dni temu. Nie wiem, komu wierzyć. Prokurator mówi, że do czterech zarzutów się przyznał, on nie potwierdza. Wdowczyk w prokuraturze przyznał się do wszystkiego, a mediom powiedział, że
do niczego. Nie chcę nikogo obrażać. Ale jeśli już kogoś zamknęli, to przynajmniej odrobina prawdy w tym musi być. Jeden drugiego kapuje i tworzy się cały łańcuch.
Niby wiedziałem, ale do końca w to nie wierzyłem. Nawet jak mówiłem publicznie, że jakiegoś sędziego powinni do prokuratora w kajdankach zawieść, i później okazywało się, że miałem
rację. Tak mi się wydawało. Tego jednak było zbyt wiele. Miniony sezon w lidze to już był prawdziwy dramat. Co tydzień typowałem trafnie, kto będzie sędziował Groclinowi, a kto nam. A
obsady były przecież tajne. Kierownik drużyny pytał mnie nawet, czy mam kontakt z kimś w związku. A ja mu powiedziałem, że mam kontakt tylko ze swoim rozumem. To, co działo się zeszłej
wiosny, rok temu, to była korupcja w żywe oczy. Dziesięć meczów do końca, a właściciel klubu, który ma przenieść siedzibę do Wrocławia, ogłasza kibicom, że przywiezie do miasta miejsce
w pucharach. W jakich pucharach, skąd on to wie? – dziwiłem się. Później zrozumiałem, co to znaczyło.
Pewnie, że nie. Jeszcze łatwiej coś załatwić pod szyldem walki z korupcją.
Tak bym nie powiedział. Udinese wygrało teraz z wielkim Juventusem i zremisowało w Rzymie z Romą. Trafiliśmy na bardzo dobry zespół, który wcześniej miał lekki dołek.
Jesteśmy za biedni na Ligę Mistrzów. Nawet takie drużyny teoretycznie przypadkowe, jak Thun, Cluj czy Petrzalka Bratysława, miały w odpowiednim momencie odpowiednie budżety.
Superzawodnicy. Przynajmniej kilku takich. Nie za sto tysięcy euro, ale za milion, którzy coś naprawdę znaczą. Muszą być też reprezentanci.
Dopiero tutaj ich wykreowaliśmy. Braliśmy chłopaków z drugiej ligi, często za góra 30 tysięcy złotych. Za tyle pieniędzy to w drugiej Bundeslidze nawet nie wypożyczysz zawodnika. Musi być
kilku dobrych "grajcarów". Trzeba zaryzykować, wydać nawet pięć milionów, to się później zwróci.
Nie wiem, ja jestem ryzykantem. Nasi prezesi wolą budować klub na zdrowych finansowych zasadach i swoją rację mają.
To byłoby po polsku. Nie można tylko sprzedawać. Jak chcesz mieć duży płomień, to musisz dołożyć do pieca.