Partner merytoryczny: Sports.pl

Reklama

MAGAZYN SPORTOWY: Trenował pan Tomasza Majewskiego, trenuje Piotra Małachowskiego, ale wszystko zaczęło się od kolarstwa, od Stanisława Królaka. Poplątane są te pana losy.

WITOLD SUSKI: Bardzo poplątane. Widzę, że musimy wrócić do prehistorii. W mojej wiosce, Biel się nazywa, to niedaleko Ostrowi Mazowieckiej, graliśmy z chłopakami w piłkę nożną albo palanta. Wszystkich mistrzów znałem z radia. Najbardziej interesowali mnie Królak, Piątkowski i Sidło. Na wsi nie było mowy o dysku czy oszczepie, próbowaliśmy więc rzucać leszczynowym patykiem. No i rower - bardzo lubiłem jeździć. Kolarstwo było pierwszym sportem, który zacząłem uprawiać na poważnie. Jako 17-latek wyjechałem na Śląsk i tam zacząłem się ścigać.

Wyjechał pan na Śląsk, żeby zostać kolarzem?

A skąd, do pracy. Koledzy wyjeżdżali, też chciałem. Wiadomo, na wsi jak najszybciej trzeba zacząć na siebie zarabiać. Najpierw, jako małolat, pracowałem w fabryce papieru, byłem tam od wszystkiego. Mieszkałem w hotelu robotniczym, było nas trzech w pokoju. Dwóch szczeniaków i jeden starszy pan, czyli 30-latek. Nie wariowaliśmy. Gdyby nam odbiło, on by nas pewnie ustawił.

A gdzie w tym miejsce na sport?

Kupiłem sobie huragana, czyli rower wyścigowy, i zgłosiłem się do klubu Górnik Lędziny, w którym ścigał się Zygmunt Hanusik. Przyjęli mnie. Jako juniorek całkiem dobrze sobie radziłem. Byłem dość ciężki, trener ciągle mnie gonił, żebym trzymał wagę. Co ciekawe, jako ciężkawy chłopak dobry byłem w górach. Radziłem tam sobie całkiem, całkiem. No i dobry byłem w jeździe na czas.

Ale kolarzem pan nie został?

Kolarstwo się skończyło, kiedy miałem kraksę. Głowa rozbita, kolano roztrzaskane. Pół roku nie mogłem chodzić. Trudno było trenować, bo zanim zgłosiła się po mnie armia, pracowałem jeszcze na kopalni Staszic. Na początku w transporcie, potem na przodku. A po pracy na rower.

Trenował pan po harówce na przodku?

Inaczej nie można było. Na kopalni był system czterobrygadowy, co sześć godzin. Odpoczywałem po swojej zmianie i jazda na rower. Kochałem sport, na inne sprawy nie miałem ani chęci, ani czasu. Jak dostałem pierwszą wypłatę, to musiałem postawić kolegom piwo. To się szereg nazywa. Hajer wziął ode mnie pieniądze dla naszej brygady. Pięć kolejek dla ośmiu, razem 40 piw. Nie wiedziałem, że do każdego wlewa się pięćdziesiątkę. Po czterech piwach i dwóch setkach byłem załatwiony na cacy. Nieprzyzwyczajony człowiek był. A później wojsko. Rok w Lublinie, w ciężkich karabinach maszynowych służyłem. A drugi rok w Siedlcach. I tam zaczęło się rzucanie oszczepem. Były dywizyjne zawody w rzucie granatem. Rzuciłem 79 m, zakwalifikowałem się do centr alnych zawodów Wojska Polskiego. Tam było naprawdę daleko, bo 86,5 m.

To stadion pan przerzucił.

Prawie. Granat, tzw. cytrynka, ważył 60 deko. Niech go szlag. Myślałem, że mi palce potnie. Dowódca pułku dał mi skierowanie do klubu i tak na dobre zaczęła się moja przygoda z lekkoatletyką. Niestety, rzutu oszczepem nie było od kogo się nauczyć. Zabrał się za to człowiek od skoku w dal, w tej chwili wiem, że nie znał się na tej robocie. Ale on miał chęci, a ja smykałkę i wreszcie prawdziwy oszczep. Po roku treningów rzuciłem 64 m, po dwóch 69,88. Nieźle.



W wojsku już pan wtedy nie był?

Reklama

Już nie. Pracowałem w Ciechanowie. I tam mieszkałem. A rzucałem w barwach Wisły Płock. Zawodowcem nie byłem, robiłem na automatach tokarskich w filii Zakładów Świerczewskiego. Jak miałem nocną zmianę, to trenowałem po południu, bo rano musiałem się wyspać. A jak byłem w robocie od 14 do 22, to trenowałem przed południem. Właściwie sam, bez trenera.

Te tatuaże na rękach to pamiątka z wojska?

Z wojska, jeden drugiemu robił tatuaże. Najpierw kolega kopiowym ołówkiem nanosił rysunek na materiale, później odbijał na ręku, poprawiał kopiakiem i zabierał się do roboty trzema igłami przymocowanymi do patyka. Za bardzo nawet nie bolało. Ja mam te rysunki tylko na rękach. I dobrze, że bardziej nie zgłupiałem. Kolega na całych plecach ma gołą panienkę. Wstydzi się zdjąć koszulę przy wnukach. O, a ta róża była nawet ładna, kolorowa. Wszystko wyblakło, starło się, słabiutki tusz był w latach 60.

A dlaczego róża?

Takie obrazki chłopaki wtedy mieli, teraz można wybierać i przebierać.

Może zaszaleje pan jeszcze raz i zrobi sobie kółka olimpijskie?

Za nic! To był błąd. Wnuczek mnie już pytał, czy w pierdlu nie siedziałem. Wystarczy, że Piotrek wytatuował sobie jakiegoś diabła czy innego wariata.

Trenował pan przed pracą albo po pracy. Żona nie miała do pana pretensji, że w wolnym czasie biega pan na stadion?

Żona była bardzo zadowolona z tego sportu, wspierała mnie. Zmarła siedem lat temu, straciłem przyjaciela. Koledzy już próbowali mnie swatać, namawiali, żebym na nowo ułożył sobie życie. Ale ja nie chcę. Mówią mi np., żebym kupił sobie nowy samochód. A po co? Babciom miałbym tym samochodem szpanować? Trenowałem, trenowałem i od tego rzucania oszczepem mam krzywą rękę, zmiany zwyrodnieniowe łokcia. Już wtedy na to narzekałem. W Ciechanowie w końcu mnie zbuntowali, żebym zostawił oszczep i zajął się podnoszeniem ciężarów.

Został pan buntownikiem?

Z tym łokciem miałem tak duże kłopoty, że właściwie nie mogłem rzucać. A musiałem coś robić. W ciężarach łokieć mi nie przeszkadzał.



A nie wolał pan iść po pracy na piwo, zamiast tak się męczyć?

Nigdy. Sport pociągał mnie od młodego wieku. Ale te ciężary nie były strzałem w dziesiątkę. Nie ta budowa ciała - długie ręce, długie nogi. Długie i za słabe, byłem więc ciężarowcem drugiego rzutu. Ale górę miałem i mam mocną. Dwa lata temu, jako 61-latek, wycisnąłem na ławce 135 kg. Jak miałem 35 lat, robiłem któregoś dnia martwy ciąg, ze sztangą 200 kg. Podeszło kilku miejscowych osiłków i zaczęli kozakować, co to oni nie zrobią z tym ciężarem. Powiedziałem: „panowie, zdejmę wam 20 kg, a żaden z was i tak nie ruszy tego z ziemi". Jeszcze flaszkę im obiecałem. Nasadził się największy kozak, sztanga nie drgnęła, spodnie mu pękły i było po zabawie. Techniki nie miał. A mnie to dźwiganie cięż arów bardzo się przydało potem, kiedy zostałem trenerem lekkoatletów.

Pewnie przez przypadek?

Kiedy przestałem dźwigać, sam bawiłem się w rzucanie dyskiem. I trochę kulę popychałem.

Ludzie dla rozrywki grają w piłkę, koszykówkę albo w tenisa, a pan pchał kulę?

No właśnie, ja wolałem sporty siłowe. 54,56 m dyskiem rzuciłem, jako samouk. To sporo. Kulą pchnąłem 16,08 m. Cały czas pracowałem w fabryce wyrobów precyzyjnych. Bardzo dobry znajomy, lekarz, namawiał mnie do stworzenia grupy lekkoatletycznej, bo w Ciechanowie nic się nie działo. Ja na to, że nie mam żadnych papierów, żadnego przygotowania. Dyrektor fabryki powiedział w końcu, że dobry jestem w robocie, więc ma w dupie papiery, ufa mi i natychmiast mam się zabierać za sport. Kolega przywoził mi niemieckie materiały o rzutach, kupowałem też radziecką „Liekkoatlietikę". Któregoś dnia przyszedł do mnie brygadzista i powiedział, że jestem zwolniony. Wszystko było już załatwione, zostałem pracownikiem Wojewódzkiej Federacji Sportu. I od 1983 roku zarabiam na życie jako trener.

Był pan pierwszym trenerem Tomasza Majewskiego, dzisiaj mistrza olimpijskiego i wicemistrza świata w pchnięciu kulą.

Do wyniku 18,34 trenował ze mną. Na początku, jak przyszedł do szkoły średniej w Ciechanowie, próbował rzucać dyskiem. Ale nie nadawał się na dyskobola, nie ta budowa ciała. Stopki ma... No, bardzo solidne, za duże i za wolne są te jego nogi. Tak w ogóle to on miał zostać trójskoczkiem.

Ogromny Majewski trójskoczkiem?

Wtedy był jeszcze szczupły, taka tyczka. Ale gdzie on do skakania! Ja go nawet nie widziałem, jak skacze, może to i lepiej. Spróbowaliśmy z kulą, najprostsze ustawienie. Po pierwszym pchnięciu byłem pewien, że to jego konkurencja.

Po roku miał pan już duet Majewski - Małachowski. Dzisiaj wielcy sportowcy, a wtedy?

Kiedy wybiegali na rozgrzewkę, ludzie się z nich śmiali. A oni pewnie to słyszeli. Mieli nieskoordynowane, niezgrabne ruchy. Piotrek był korpulentny. Grubasem nie był, posturę miał jednak mocną. Ale te jego szybkie, sprawne nogi - tym mnie przekonał. Bardzo się starali, to było najważniejsze. Wiedzieli, czego chcą. Zaparli się, że coś osiągną.



Pan w nich uwierzył?

Tak, trenerski nos nie zawiódł. Na początku nie wyglądało to za dobrze, ale z treningu na trening było coraz lepiej. To fajne chłopaki, nigdy nie dali mi w kość. Tomek jest wyjątkowo spokojny, Piotrek taki bardziej pobudliwy, ale grzeczny. To, że teraz jeden jest mistrzem olimpijskim, a drugi wicemistrzem... Czasami o tym myślę, trudno wtedy się nie wzruszyć. Warunki do treningu w Ciechanowie mieliśmy opłakane. Siłownia - klitka, właściwie szatnia. Jeszcze stoi, zabytek. Jakieś trzy na pięć metrów, dach pod skosem. Tomek, żeby robić rwanie, musiał stawać w tej wyższej części. Piotrek się mieścił, Tomek walił fajerkami w sufit. Wszystko trzeba było przesuwać, żeby mógł ćwiczyć. Najgorzej było zimą. Tylko siłę robiliśmy w tej klitce, reszta treningu na zewnątrz, w śniegu, w błocie. Tomek, żeby pchać kulą w sezonie halowym, musiał ćwiczyć technikę. Zakładałem długie gumowe rękawice, młodsi zawodnicy przynosili w kuble gorącą wodę, wkładałem w nią kulę, potem wycierałem i Tomek pchał. Żeby była ciepła, żeby on coś czuł. Do dziś mam przez to problemy z łapami. Tomka od dawna nie trenuję, ale kiedy razem z Piotrkiem zostali w Berlinie wicemistrzami świata, zakręciły mi się łzy.

Bardzo przeżywa pan ich starty. W Berlinie, po finale rzutu dyskiem, wylądował pan u lekarza. Taki stres?

Zaraz po konkursie poszedłem do studia telewizji na stadionie. Już mnie telepało, a tam było strasznie gorąco. Przemek Babiarz dał mi mikrofon, a mnie zaczęła latać ręka. O, tak. Straciłem oddech, pot lał się ze mnie strumieniem. Powiedziałem Przemkowi, że zaraz odlecę. Zaprowadzono mnie do karetki, podłączono do dwóch kroplówek. Dopiero po 40 minutach zrobiło mi się lepiej. Nadciśnienie mam, a podczas konkursu wypaliłem 10 fajek, jedną od drugiej. Przez cały dzień poszły ze dwie paczki.

Trener i papierosy na stadionie?

No kurde! Za stadionem można palić. Wyskakiwałem i wskakiwałem na trybuny, za bardzo nie pilnowali. Nie wytrzymywałem nerwowo. Piotrek przegrał to w ostatniej kolejce. Byłem już pewien złota.

Chwila, chwila. Kilka dni przed mistrzostwami nie było wiadomo, czy Małachowski w nich wystartuje, bo przez cały sezon narzekał na kontuzjowany palec i nie mógł normalnie trenować. Pan go nawet pytał, czy jest sens, by jechał do Berlina.

Dwa tygodnie przed startem trening nie trzymał się kupy. Improwizacja, rzucanie kulkami zamiast dyskiem, żeby palec go nie bolał.

To jak to możliwe, że w Berlinie rzucił 69,15 m i zdobył srebrny medal?

Do dziś się nad tym zastanawiam. Zimę przepracował bardzo solidnie, ale cały czas była to droga w nieznane. Miał kłopoty techniczne, które wydawały się nie do przeskoczenia. Jechał na tych kulkach, a kiedy w końcu trzeba było porzucać dyskiem, to była tragedia. Dopiero na ostatnim treningu przed Berlinem rzucił super, dokładnie 67,24. To był sygnał, że coś może z tego być.

Świętowanie było huczne?

Pierwszy raz w życiu wypiliśmy wspólnie drinka, ale tylko jednego, bo ja też jestem niepijący. Był jeszcze fizjoterapeuta Piotrka Andrzej Krawczyk i Bogdan Piszczalnikow, rosyjski dyskobol. Chyba wpadł też Szymon Ziółkowski.



Pan jest szefem w waszym zespole?

Bo ja wiem... To partnerski układ. Nie ma: ja i Piotrek, jesteśmy my. My, czyli jeszcze Andrzej Krawczyk i młody Robert Urbanek, który z nami trenuje.

Jest pan bardzo spokojny, na treningach czasami pan się nie odzywa. Małachowski jest takim aniołkiem, że nie trzeba na niego niekiedy krzyknąć?

Już nie. Głos podnosiłem, kiedy Piotrek był młodszy. Każdemu trenerowi życzę takiego zawodnika. Jestem zafascynowany tym chłopakiem. Jak on sobie życie poukładał, co w tym krótkim czasie osiągnął. Przyszedł do mnie jako 15-letni chłopak, w tym czasie zmarł mu ojciec. Cały czas walczył o to, by do czegoś dojść.

Nie odbiło mu po sukcesach? Wie pan, że dziewczyny przysyłają mu swoje zdjęcia, nawet rozbierane?

O zdjęciach wiem, nawet propozycjach, ale o rozbieranych fotkach mi nie mówił. Czasami na treningu opowiada różne historie, jak jesteśmy tylko we dwóch. Niby spędzamy ze sobą dużo czasu, ale jak lecimy w świat na zgrupowanie, to młodzi trzymają się razem, ja nie chcę ich krępować. Od czasu do czasu pogadamy, ale nie za często.

Nie lubi pan tych ciągłych wyjazdów?

Może dziwakiem jestem? Na pewno nie jestem typem turysty. Nie lubię latać. Siedzi się w tej klatce i jeszcze palić nie można. Na szczęście można czytać. Jak jadę na obóz, to zabieram cały plecak książek. Na Okęciu raz kazali mi je pokazać. Książki to mój świat, najbardziej lubię te podróżnicze i historyczne. Co podejdzie pod rękę - i fikcja, i fakty. Karola Bunscha przewaliłem do góry nogami, czasy Łokietka, np „Wawelskie Wzgórze". Lubię historię, od szkoły podstawowej. Zawsze miałem piątkę. Na wsi nie było jednak mowy, żeby się uczyć. Krzyczeli, żeby gasić światło. Skończyłem szkołę zawodową, potem średnią. Mogłem się uczyć dalej, kiedy zacząłem pracować, ale wtedy zachciało mi się sportu.

Dlaczego postawił pan na lekkoatletykę? Dlaczego nie został pan trenerem kolarstwa?

Za mało o tym wiem, byłem tylko juniorem. Ale żałuję, że nie wyszło z kolarstwem. To mnie fascynowało. Wygrałem jeden trzyetapowy wyścig, czasówką ich rozwaliłem. Prawie o dwie minuty! Byłem od zadań specjalnych, jak teraz Szmyd. Rozerwać grupę, pospawać, rozprowadzić na finiszu - takie historie.

I podobało się to panu? W lekkoatletyce jest inaczej, pracuje się tylko na siebie.

Nie przepadałem za grami zespołowymi, ale w kolarstwie mi się to podobało, tam zespół mi pasował. Do dziś oglądam wyścigi, wszystko, co mogę. Z 15-letnim wnuczkiem przejechałem 20 km. I przeciągnąłem młodego, cały czas podkręcałem tempo. Kiedyś przejechanie stówki nie było dla mnie żadnym problemem. Z Ostrowi do Ciechanowa zasuwałem rowerem, a to ponad 90 km. Na takim składaku, którego kupiłem od Hanusika. Mam hopla na punkcie tego sportu.



27 lipca rozpoczną się w Barcelonie lekkoatletyczne mistrzostwa Europy. W rzucie dyskiem najlepsi są Europejczycy, więc szykuje się kolejny dreszczowiec z udziałem Małachowskiego...

Cholera... Chłopaki rzucają daleko, ale Piotrek jest bardzo mocny. Miał takie treningi, że dziękuję bardzo. To chłopak na ponad 70 m, na pewno.

W Pekinie miał srebrny medal, w Berlinie srebrny, a teraz? Po tym, co pokazuje w tym sezonie, jest faworytem.

On się denerwuje, kiedy mówię o jego szansach. Ale wiadomo, że złoto jest w zasięgu. Będę przeżywał też konkurs Tomka. Wie pan, rozmawiamy o ich medalach, a ja cały czas mam przed oczami te początki. Ci chłopcy zostali takimi mistrzami. Jak to się stało?

>>> Czytaj także: Witold Suski wychował mistrzów - Piotra Małachowskiego i Tomasza Majewskiego