Reklama

Przed meczem wiele osób sugerowało, że grający o "pietruszkę" gospodarze nie będą w sobotę zbyt mocno przeszkadzali walczącej o utrzymanie Lechii. Tym bardziej, że ewentualne zwycięstwo ekipy z Gdańska mogło być przysłowiowym "gwoździem do trumny" lokalnego rywala Widzewa - ŁKS. Podopieczni Radosława Mroczkowskiego zaprzeczali tym pogłoskom i zapewniali, że o żadnym odpuszczaniu nie może być mowy, a do pojedynku podejdą z pełnym zaangażowaniem.

Gdy w dziewiątej minucie po krótko rozegranym rzucie wolnym Bruno Pinheiro strzelił w słupek wydawało się, że te zapowiedzi nie były bezpodstawne. Uderzenie Portugalczyka najwidoczniej przestraszyło gospodarzy, którzy do przerwy nie oddali żadnego celnego strzału na bramkę Lechii. Goście mieli na swoim koncie dwa takie uderzenia, a już po pierwszym mogli się cieszyć z prowadzenia.

W 14. minucie nieatakowany przez rywali Abdou Traore lewą nogą strzelił z osiemnastu metrów i piłka zatrzymała się w widzewskiej bramce. Po tej akcji obie drużyny wyglądały na usatysfakcjonowane wynikiem, bo do przerwy nic ciekawego na boisku już się nie wydarzyło.

Niezadowolony z postawy swoich podopiecznych Mroczkowski dokonał w przerwie dwóch zmian, wprowadzając na boisko Princewilla Okachiego i Przemysława Oziębałę. Po niespełna ośmiu minutach gry ten drugi po szybkim kontrataku stanął przed szansą na doprowadzenie do remisu. Mając przed sobą tylko bramkarza Lechii strzelił jednak niecelnie. W 74. minucie po uderzeniu Oziębały Sebastian Małkowski bez problemów złapał piłkę. Akcja ta zasłużyła jednak na wzmiankę, gdyż była pierwszą, którą piłkarze Widzewa zakończyli celnym strzałem.

Reklama

W samej końcówce łatwo odniesione zwycięstwo Lechia mogła przypieczętować drugim golem. W 86. minucie po starciu z Ugochukwu Ukachem w "szesnastce" Widzewa przewrócił się Traore. Sędzia podyktował rzut karny, ale Traore z jedenastu metrów nie trafił do bramki.