Zaskoczył Pana złoty medal Adama Małysza na skoczni K-90 podczas mistrzostw świata w Sapporo?
Spodziewałem się medalu. Nie ukrywam, że z najcenniejszego kruszcu. Widziałem, jak Adam był niezadowolony z czwartego miejsca na dużej skoczni. Kiedy Adam zrezygnował z serii kwalifikacyjnej na skoczni normalnej, byłem już pewny jego wyniku. Dawało mi to pewność, że jest nastawiony na walkę o tytuł mistrzowski i tak się stało.

Zdążył Pan osobiście pogratulować Adamowi i spotkać się z nim po powrocie z Japonii?
Niestety, nie miałem możliwości, żeby się z nim spotkać. Mieliśmy w Wiśle turniej najmłodszych skoczków i od rana do wieczora spędzałem czas na skoczni. Myślę, że zobaczę się z Adamem dopiero po Turnieju Nordyckim.

Początek sezonu był dla Małysza nieco pechowy. Wydawało się, że to inni będą rozdawać karty, a kibice myśleli, że to nie będzie sezon Adama Małysza. Spodziewał się Pan, że forma naszego mistrza przyjdzie w najbardziej odpowiednim momencie?
W skokach narciarskich oprócz umiejętności trzeba mieć zawsze trochę szczęścia. A Adam nie mógł narzekać na jego nadmiar, bo wiatr płatał mu różne figle. Przełomowym momentem był dla Adama konkurs w Titisee-Neustadt. Wtedy Adam wygrał dwa konkursy i udowodnił, że jego forma stale rośnie. W okresie tuż przed mistrzostwami ciężko pracował, startował na mistrzostwach Polski i pokazał, że stać go na wiele mimo słabych warunków.

Wierzy Pan, że Adam zdobędzie w tym sezonie Kryształową Kulę?
Wszystko jest jeszcze możliwe, ale będzie ciężko. Adama czekają dwa konkursy w Norwegii, na obiektach, które Jacobsen bardzo dobrze zna. Jeśli Adam nie odrobi straty do Jacobsena podczas zawodów w Skandynawii, w Planicy będzie mu bardzo trudno. Tym bardziej że nie wiadomo, czy zawody w Słowenii dojdą do skutku. Z tego, co wiem, jest tam bardzo ciepło, a przygotowanie skoczni mamuciej przy wysokiej temperaturze jest bardzo trudne. Wydaje mi się, że walka między Adamem a Jacobsenem będzie bardzo zacięta i emocjonująca, a wszystko rozstrzygnie się w ostatniej chwili.

Widzi Pan obecnie wśród polskich skoczków talent na miarę następcy Adama Małysza? W turnieju drużynowym zadebiutował ostatnio w reprezentacji Maciej Kot.

Jest kilku, młodych wartościowych chłopaków. Na takich nastolatków, jak Klimek Murańka, Kuba Kot, Tomek Byrt i Paweł Słowiok, z pewnością warto zwrócić uwagę. Jest szeroka grupa młodych, zdolnych skoczków, którzy ze swoimi rówieśnikami z innych państw dzielnie sobie radzą. Myślę, że jeśli ci chłopcy będą prowadzeni tak jak do tej pory, będą z nich w przyszłości wartościowi zawodnicy.

W czym pana zdaniem tkwi problem Roberta Matei? Skompromitował naszą drużynę na mistrzostwach świata, a kilka dni temu wygrał Puchar Kontynentalny w Vikersund.
Mistrzostwa świata były dla niego dużym obciążeniem psychicznym. Robert jest w dość zaawansowanym wieku jak na skoczka. Ma na swoim koncie wiele startów w najważniejszych imprezach. Ale kiedy otworzyła się przed naszą reprezentacją szansa na medal w konkursie drużynowym, nie wytrzymał. Był bardzo spięty i spalił się psychicznie. To dobry zawodnik, ale na zawody Pucharu Kontynentalnego.

Może więc z kadrą polskich skoczków powinien na stałe współpracować psycholog?
Taka koncepcja powinna być brana pod uwagę. Zwłaszcza przed wyjątkowo ważnymi imprezami. Teraz można tylko gdybać, ale wiadomo, że kilka lat temu, kiedy Adam Małysz walczył o mistrzostwo świata lub olimpijskie, zawsze współpracował z psychologiem. Jedni potrzebują psychologa bardziej, inni mniej, ale nasi szkoleniowcy powinni wziąć pod uwagę takie rozwiązanie.

Myśli Pan, że Adam dotrwa do olimpiady w Vancouver?
Mam taką nadzieję. Dopóki skoki będą go cieszyły i będzie liczyć się w czołówce, na pewno nie skończy ze sportem.

Zna Pan Adama od wielu lat. Czy sukces zmienił go jako człowieka?
Na pewno Adam ma w tej chwili inne podejście do sportu. Kiedyś każdy sukces był przez niego niesamowicie przeżywany. Dzisiaj zwycięstwa nadal dają mu wielką radość, ale skacze odprężony, z większą swobodą. Nie zdobył jeszcze wszystkiego, co jest w skokach do zdobycia, ale ma na swoim koncie wiele sukcesów. Stąd bierze się zupełnie inne podejście do startów, Adam po prostu zachowuje się jak profesjonalista.

Po pierwszych sukcesach Adama mówiło się o prawdziwym boomie na skoki narciarskie. A jakie jest obecnie zainteresowanie tym sportem?

W tej chwili nie ma tak ogromnego zainteresowania, ale jest to spowodowane głównie brakiem skoczni zaśnieżonych. Tegoroczna zima nie była dobra do skakania w całej Europie, trzeba więc wziąć to pod uwagę. Myślę, że jeśli pogoda sprzyjałaby sportom zimowym, to także na skocznie przychodziłoby znacznie więcej młodzieży. Kilka dni temu nasi skoczkowie zaczęli znowu skakać na igielicie. Oficjalnie wciąż trwa sezon zimowy, więc muszą jeszcze oddać trochę skoków. Na odpoczynek przyjdzie czas dopiero w kwietniu.

Jak duży problem stanowi w Beskidach brak odpowiednich obiektów do trenowania skoków narciarskich?
Beskidy zostały daleko w tyle, jeśli chodzi o obiekty do skoków szkoleniowych. Nasze treningi opierają się latem na skoczniach w Zakopanem. Dla nas to bardzo kosztowna sytuacja, bo musimy płacić za obiekty, wyżywienie i noclegi młodych zawodników. U siebie mamy tylko obiekt K-40, na którym latem skaczą dzieci w wieku 10-12 lat. Ze starszymi trzeba już dojeżdżać na inne obiekty. Zimą mamy do dyspozycji obiekt w Wiśle-Łabajowie, ale tam są z kolei inne problemy. Skocznia przecina drogę powiatową do Łabajowa i są liczne skargi ze strony mieszkańców, bo trzeba wstrzymywać ruch. To dla nas ogromne utrudnienie, a dla Polskiego Związku Narciarskiego największa porażka, bo oprócz Zakopanego i skoczni w Wiśle-Malince, która nie jest jeszcze gotowa do startów, z obiektami do skakania podstawowego nie robi się w Polsce nic. Pięć lat temu ogłoszono w tym celu specjalny program, ale skończył się na przesłaniu dokumentów do Warszawy. My natomiast na zgrupowania i treningi musimy jeździć do Austrii bądź Czech, wydając przy okazji spore pieniądze.

Problemem jest też brak czterech zawodników, którzy mogliby liczyć się w zawodach drużynowych. Myśli Pan, że w najbliższych latach będzie nas stać na utworzenie takiego zespołu, czy to na razie melodia przyszłości?

Na pewno nie jesteśmy potęgą na miarę Austrii czy Finlandii. Nie brakuje nam zdolnej młodzieży, porównując to choćby z Czechami, czy Słowakami, którzy 15 lat temu dominowali nad naszą kadrą. Musi to mieć jednak przełożenie w postaci baz szkoleniowych. Są młodzi i zdolni chłopcy, ale w Beskidach, Bieszczadach czy Karkonoszach nie mają gdzie skakać. Jeśli będziemy mieli skocznie z prawdziwego zdarzenia, to myślę, że za kilka lat możemy mieć liczącą się na świecie drużynę.