Nieuznany gol Jagiellonii
W pierwszej połowie brakowało płynności. Gra często była przerywana faulami z obu stron. Większa inicjatywę wykazywali legioniści i to oni mieli trzy okazje do otwarcia wyniku. Dwukrotnie na bramkę Sławomira Abramowicza strzelał Arkadiusz Reca, a raz Damian Szymański. We wszystkich przypadkach golkiper Jagiellonii nie dał się zaskoczyć.
Jagiellonia tylko raz zagroziła bramce Legii. Tuż przed przerwą po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Bartłomieja Wdowika piłkę głową w siatce Kacpra Tobiasza umieścił Bernardo Vital. Gol nie został zaliczony, bo obrońca Jagiellonii był na spalonym.
Słupek uratował Jagiellonię
Po zmianie stron najpierw dwie dobre okazje do strzelenia gola miała Legia. W 54. Wahan Bichakhchyan z bliska głową uderzył w sam środek bramki i Abramowicz nie miał kłopotów ze złapaniem piłki. Minute później również głową trafić próbował Mileta Rajovic. Tym razem golkipera Jagiellonii wyręczył jeden z obrońców.
W 63. minucie goście mieli sporo szczęścia. Po zgraniu piłki przez Rajovica sam na sam z Abramowiczem wyszedł Juergen Ellitim. Kolumbijczyk miał pecha, bo trafił w słupek.
Sędzia Sylwestrzak nie podyktował rzutów karnych dla Legii
Cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry Steve Kapuadi zaliczył niecelne podanie w środkowej części boiska. Jagiellonia wyprowadziła błyskawiczną kontrę, po której Afimico Pululu pokonał Tobiasza, ale napastnik gości chwilę wcześniej był na spalonym.
W samej końcówce piłkarze Legii domagali się podyktowania rzutu karnego za zagranie piłki ręką w polu karnym. Sędzia Damian Sylwestrzak nie dopatrzył się przewinienia. W pierwszej połowie arbiter z Wrocławia również nie wskazał na jedenasty metr po odbiciu się piłki od ręki obrońcy Jagiellonii. W obu przypadkach w czasach VAR już widzieliśmy takie rzuty karne.
Remis 0:0 dla Jagiellonii oznacza awans o jedno miejsce w tabeli. Ekipa ze stolicy Podlasia zajmuje trzecią pozycję i ma punkt straty do prowadzącego Górnika Zabrze. Podopieczni Adriana Siemieńca ma jednak o jedno spotkanie mniej rozegrane od lidera Ekstraklasy. Natomiast jest siódma i mając też o jeden mniej od Górnika traci do niego sześć "oczek".
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.