Po towarzyskim meczu z Holandią w Lublinie, pożegnalnym przed wyjazdem do Chin, podeszła do pana młoda kobieta i wręczyła rysunek...

Adam Waczyński: To była siostra jednego z kibiców reprezentacji. Rysunek, wykonany ołówkiem, przedstawia Mike'a Taylora, Łukasza Koszarka i mnie. Bardzo fajna pamiątka.

Czyli trenera i dwóch koszykarzy o najdłuższym stażu w drużynie narodowej, byłego i obecnego kapitana. Kiedy, w jakim momencie kariery, dopuścił pan do siebie myśl, że może pojechać na mistrzostwa świata?

Szczerze powiedziawszy, rzadko o tym myślałem. Nie oszukujmy się, dotychczas było bardzo ciężko załapać się na mistrzostwa świata. Trzeba było zająć miejsce w czołówce na mistrzostwach Europy. Nie było to może niemożliwe, ale bardzo, bardzo trudne. Ostatnio system kwalifikacji został zmieniony i dzięki temu możemy jechać na mundial. Gdy tylko nadarzyła się taka okazja, kiedy zobaczyłem, jak ten system wygląda, pomyślałem: a może to jest ten moment, że mamy szansę to zrobić!

Co przesądziło o awansie? Bo też nie było łatwo: dwie fazy, lanie na Litwie na inaugurację, trudne chwile po porażce na Węgrzech...

Tak, łatwo nie było. Myślę, że przeważył głód zwycięstwa, osiągnięcia czegoś. Także nieudany Eurobasket 2017 podziałał na nas motywująco. Chcieliśmy pokazać, że jednak nie zasłużyliśmy, żeby w Helsinkach nie wyjść z grupy. Każdy wziął się za siebie i przyjeżdżając na okienka kwalifikacyjne mieliśmy jasno postawiony cel - walczyć w każdym meczu jakby to był nasz ostatni.

Jaką rolę dla tej drużyny odgrywa fakt, że kilku z was gra w ligach zagranicznych. Czy w kadrze daje się odczuć, że jedni są z klubów europejskich, a inni z krajowych?

Czy da się odczuć? Na pewno ci z "zagranicy" mają troszeczkę więcej doświadczenia. Gramy na co dzień w lepszych ligach i ogrywamy się z lepszymi zawodnikami na treningach. Aczkolwiek zawodnicy grający w Polsce chcą się pokazać z jak najlepszej strony i ich zaangażowanie widać na każdym kroku. To jest ważne dla reprezentacji. Każdy każdego, można powiedzieć, ciągnie do doskonałości. Zespół naprawdę jest dobrze skompletowany. Miejmy nadzieję, że w następnych latach będzie budowany tak samo.

Jego kapitanem został pan przed eliminacjami Eurobasketu 2017...

W zespole było głosowanie. Chłopacy uwierzyli we mnie i powierzyli mi opaskę. Staram się odwzajemnić im wszystkim to zaufanie, być dobrym kapitanem.

Co trzeba robić, żeby nim być?

Trzeba z każdym żyć w zgodzie, walczyć o zespół na każdym kroku i w różnych sprawach, czy to organizacyjnych, czy na boisku. To odpowiedzialna rola. Początki może nie były dla mnie najlepsze, wiązały się z olbrzymim stresem, ale z czasem na pewno było coraz lepiej.

Zdarzają się w kadrze scysje, kryzysowe momenty, w których kapitan musi interweniować, próbować zaradzić? Czy też trwa niezmienna idylla?

Wszystko jest ok. Zarówno między zawodnikami, jak i trenerami atmosfera jest w porządku. Jesteśmy naprawdę dobrze dobraną grupą, która nie sprawia problemów. Nie jesteśmy jakimiś chuliganami, więc nie ma wielkich kłótni. Na boisku, wiadomo - czasami trzeba zmotywować, powiedzieć coś miłego, ale innym razem krzyknąć. To wszystko dla dobra zespołu i wyniku, więc na pewno nikt nikomu nie ma tego za złe.

Jakie szanse dajecie sobie w mistrzostwach świata w Chinach? Co może pan powiedzieć o rywalach?

Jedziemy tam na pewno walczyć. Zdajemy sobie sprawę, że rywale mają swoje problemy, strajki, itd. Są niżej w rankingu, ale to wszystko nie ma większego znaczenia. Trzeba po prostu wyjść na parkiet i pokazać, że jest się lepszym. Myślę, że koszykarsko jesteśmy, obok Chin, faworytem grupy. Musimy to udowodnić. Na pewno nikt nie da nam nic na darmo. Myślę, że koszykarze Wenezueli i Wybrzeża Kości Słoniowej, gdy usłyszeli, że Polska jest faworytem, to postanowili, że spróbują temu zaprzeczyć. Czekają nas zatem trzy ciężkie spotkania. Jestem jednak pozytywnie nastawiony, myślę, że będziemy gotowi. Pomogą nam te ostatnie dni spędzone w Chinach, żeby przyzwyczajać się do pogody, klimatu, wszystkiego.

Mówi się, że gdyby udało się wam wygrać z Chinami i zająć pierwsze miejsce w grupie, to wejdziecie w buty gospodarza, który ma turniej "ustawiony" pod siebie. Można wtedy zajść bardzo daleko...

To prawda, że na pewno nie będziemy w drugiej fazie grupowej trafiać na takie potęgi, jak Serbia, Hiszpania czy USA, aczkolwiek Rosja, Argentyna czy Nigeria to nie są słabe reprezentacje. Na pewno nie jesteśmy bez szans. Pokazaliśmy w meczu z Niemcami, że potrafimy walczyć z zespołem, która ma kilku zawodników z NBA czy Euroligi, więc naprawdę jestem dobrej myśli. Jeśli będziemy grać tak, jak w drugiej połowie spotkania z Holandią czy prawie przez cały mecz przeciwko Niemcom, to jestem spokojny.

Jest pan przedstawicielem trzypokoleniowej rodziny koszykarskiej. Dyscyplinie tej poświęcili się nieżyjący już dziadek Szczepan, także tata Witold. Co ojciec mówi o synu, który jako jedyny w rodzinie awansował na mistrzostwa świata?

Na pewno jest dumny, ogląda nasze spotkania. Dla mnie to coś niebywałego, że kontynuujemy w rodzinie koszykarskie tradycje. Mam nadzieję, że będzie to trwało jak najdłużej. Cieszę się, że w taki sposób nasze nazwisko rodowe może być zapamiętane.

Rozmawiał: Marek Cegliński/PAP